większość dań kuchni hinduskiej ma jedną wadę: jest dość mało fotogeniczna (w przeciwieństwie do steków). proszę więc mi wybaczyć brak zdjęć dzisiejszego obiadu, zapewniam, że nie ma czego żałować. natomiast jest czego żałować, jeśli chodzi o samą potrawę, bo udała się bardzo.

przepis pochodzi z książeczki kuchnie świata (dodatek do wyborczej), tom „indie / tajlandia / indonezja”. ta cienka książeczka jest naprawdę niezła, gotujemy z niej dość często, a jeszcze częściej wertujemy, skutkiem czego mocno się rozpadła.

a więc warzywa po kaszmirsku. w moździerzu rozgniatamy 10 ziarenek pieprzu, 2 łyżeczki kminu, ścieramy pół gałki muszkatołowej. na gorący olej wrzucamy 2-3 cm kawałek posiekanego imbiru i 1 papryczkę chili (ja dodałem z pestkami, żeby power był większy), mieszamy, po minucie dodajemy starte przyprawy + łyżeczkę pasty chilli + kawałek cynamonu, sól i podsmażamy. następnie pokrojone w grubą kostkę ziemniaki. po ok. 10 min dodajemy okrę i kalafiora. ja okry nie miałem, użyłem więc białej rzodkwi (daikon) i cebuli cukrowej. kiedy to się posmaży trochę (ok. 5 min), dolewamy 2/3 kubka jogurtu naturalnego (ja dodałem rozbełtany w małej ilości wody „bałkański”) oraz tyle samo wywaru warzywnego (wywar warzywny kupiłem dziś w marksie&spencerze, polecam). dusimy na małym ogniu, przepis mówi o 20 minutach, ale już po 15 warzywa były miękkie. i na koniec dosypujemy sporą garść prażonych migdałów. nie maiłem migdałów w płatkach, więc zmieliliśmy (kiedy piszę w liczbie mnogiej, oznacza to, że daną czynność wykonywała moja żona, a ja zajmowałem się nadzorem wykonawczym ;)) migdały, ale nie na proszek, tylko znacznie grubiej a potem podsmażyłem je na patelni i to całkiem solidnie. bardzo dobrze zrobiły takie prażone migdały zmieszane z sosem.

pyszne to było, zjedliśmy popijając zimnym piwem i myśląc o naszych licznych znajomych wegetarianach, których możemy zaprosić na warzywa po kaszmirsku. zdecydowanie można gościom.

Reklamy

satay z torebki

Grudzień 6, 2009

sos z torebki? a jednak można gościom. gotowy, dwuskładnikowy (marynata + sos) zestaw satay jest naprawdę niezły, zwłaszcza kiedy „podkręcimy” go własnymi dodatkami.

nie jest to wbrew pozorom zbyt szybkie danie. mięso – najlepiej wieprzowina lub ciemne mięso z udek kurczaka, ale i pierś kurza może być – marynujemy przez dwie godziny w sosie, a potem grillujemy w piekarniku na patyczkach. dla uproszczenia nie pocięliśmy go na typowe szaszłykowe kawałeczki, ale ponadziewaliśmy na patyczki dłuższe paski. potem przyrządziliśmy sos z drugiej torebki, mieszając go z mlekiem kokosowym. bardzo polecam dodanie pokruszonych orzeszków, trzeba tylko pamiętać, żeby nie były to orzeszki solone. wprawdzie trochę orzechów jest w gotowym sosie, ale warto dodać jeszcze pół garści by sos był bardziej zawiesisty. danie jest dość pikantne.

większość przepisów na sataje obejmuje także przepis na sałatkę z ogórków i kolendry, jest to niemal nieodzowny składnik całego dania. my jednak ogórka mieliśmy nieco przemrożonego, a poza tym (wstyd przyznać) nie mieliśmy świeżej kolendry. mieliśmy za to fenkuła i pomarańcze i taką właśnie sałatkę podaliśmy. bardzo dobra i nie-z-torebki.

do tego tajski ryż, już tradycyjnie u nas gotowany po uprzednim przemyciu w małej ilości wody (jak zwykle ugotowaliśmy więcej, będzie fried rice w poniedziałek) i gewürtztraminer kendermansa, którego nie będziemy wspominać zbyt długo, choć narzekać nie można, zwłaszcza, że nie kosztował fortuny.

ps. nie polecam za to gotowego sosu do sataya sprzedawanego w słoiczku.

foto steki

Grudzień 5, 2009

kupiłem kawałek czegoś, co nazywało się „wołowiną ekstra”. wyglądało ładnie, wracałem z domu jakbym upolował jakieś zwierzę, zadowolony z siebie. postanowiłem usmażyć steki. nie znam się na tym, przewertowałem trochę książek i stworzyłem jakąś swoją wersję przepisu jamiego. całkiem pozbawiłem listków rozmaryn, wymieszałem z solą i pieprzem, dodałem wędzonej papryki i taką mieszaniną natarłem steki, posmarowane wcześniej oliwą.

źle to nie wygląda, prawda?

potem usmażyłem na patelni grillowej, w czasie smażenia smarując przekrojonym na pół ząbkiem czosnku (to też pomysł jamiego). podaliśmy z frytkami i cabernet z południa francji.

i niestety. moim zdaniem to wino było najmocniejszą częścią obiadu. steki trudno było pokroić (fakt, że nie mamy specjalnych noży do steków) i trudno było pogryźć (ja miałem najgorzej, bo mój był najgrubszy, przez co najmniej wysmażony). i chyba nie ma w tym wiele mojej winy. polski wół na steki się nie nadaje zbyt dobrze, choć zapewne są jakieś tricki, by go ujarzmić. ale niestety, tym razem się nie udało. przyznam się, że nie zjadłem mojego kawałka mięsa w całości. wiem już, że posypka rozmarynowo-pieprzowa jest świetna, że cabernet sauvignon prieure de tersan to bardzo fajny, przyjemnie kwaskowy cabernet, doskonały do takiego dania, ale wiem też, że gościom steków nie odważę się podać w najbliższym czasie.

kanapki z nowego jorku

Listopad 30, 2009

w październiku wybraliśmy się do nowego jorku. byliśmy tam tylko tydzień, ale przywieźliśmy tyle wrażeń, jakbyśmy spędzili tam znacznie dłuższy czas. były to również wrażenia kulinarne, na tyle silne, że zdecydowałem się opisać je na blogu. choć nasze oczekiwania były duże – nowy jork jest jak wiadomo jedną z gastronomicznych stolic świata – nie można powiedzieć o rozczarowaniu. wręcz przeciwnie: tęsknić zaczęliśmy niemal od razu po powrocie do polski (choć uczciwie trzeba przyznać, że warszawa w porównaniu z nowym jorkiem jest miastem błogiej ciszy i względnego porządku).

zaczniemy skromnie od kanapek. kanapki to niemal nasze narodowe danie, ale co z tego, skoro zazwyczaj robimy je według schematu „chleb, masło, ser lub wędlina”, czasem dekorując liściem sałaty lub polewając ketchupem. ten smutny schemat nieco przełamują sieciówki takie jak subway, czy nawet firmy karmiące pracowników biur (serwujące coraz wymyślniejsze, ale na ogół średnio smaczne kanapki). jednak gdyby ktoś nam powiedział, że mamy żywić się wyłącznie kanapkami, poczulibyśmy się skazani na drakońską dietę (choć bardzo często sami się na nią skazujemy).

w nyc żywić się wyłącznie kanapkami. nie będzie to zapewne specjalnie zdrowe, ale pewno nie będzie nudne.

już pierwszego dnia (przylecieliśmy wieczorem) wybraliśmy się  do lokalu o nazwie „cafe habana”, położonego dosłownie 100 metrów od miejsca, gdzie§ nocowaliśmy. panował w nim potworny ścisk, a i tak, jak się potem okazało, mieliśmy sporo szczęścia, nie musząc czekać na zewnątrz. bar ten serwuje dania kuchni „latynoskiej”, a jego specjalnością są kubańskie kanapki z gotowaną wieprzowiną.

Cafe Habana za dnia

oglądaliście „dextera”? główny bohater w prawie każdym odcinku zatapia swe snieżnobiałe zęby w jednej z takich kanapek i czasem wygląda na to, że sprawia mu to większa przyjemność niż zatapianie skalpela w ciałach swych ofiar. w filmie klika razy pada sugestia, że jest to przysmak. owszem, jest. wprawdzie mój stossunek do gotowanych mięs przypomina stosunek psa do jeża, ale kanapka z gotowaną (a nie wygotowaną) wieprzowiną była znakomita. pisząc o niej od razu czuję, że nie potrafię teraz rozłożyć jej na czynniki pierwsze – trudno żebym potrafił, w końcu jadłem ją w całości, a nie dzieląc na poszczególne składniki. w każdym razie wieprzowina tam była (chyba podpieczona nieco), był tam też ser żółty, dość pikantny, była też musztarda, a wszystko to między dwoma kawałkami miękkiego pieczywa, przypominającego bardziej chleb niż bułkę.

skoro już przy „cafe habana” jesteśmy to nie mogę pominąć innego specjału, jaki tam podają: grillowanej kukurydzy. samo danie wydaje się mało interesujące, ale sos i przyprawy w jakich obtoczone są kolby to majstersztyk. słodka, rumiana kukurydza polana jest specjalnym rodzajem sera z dodatkiem chilli i chyba cynamonu. słodki, słony, ostry i kwaśny: w tym prostym daniu wszystkie te smaki połączone zostały w cudowny sposób, zresztą przeczytajcie sami recenzje tego miejsca z menuism.com czy z blogów – nawet, jeśli ktoś znalazł w menu lokalu jakiś słaby punkt, nigdy nie jest nim owa kukurydza. znalazłem przepis, grill na działce czeka na wiosnę, kukurydzę można kupić, ktoś wie, czy w polsce do dostania jest ser cotija?

kolejny kanapki były równie, a może i bardziej egzotyczne. jednym z krajów, gdzie zwyczaj wkładania pomiędzy bułki (i to klasyczne paryskie bagietki) pysznych rzeczy i zajadania ich ze smakiem jest… nie, nie chodzi o francję, ale o wietnam. francuzi, którzy krajem tym rządzili przez wiele lat sprowadzili tam między innymi francuskie pieczywo, wietnamczycy nieco je zmodyfikowali; w rezultacie wietnamskie kanapki (bánh mì) są w niektórych miastach tego kraju równie popularne na ulicach co sajgonki.

lokal o nazwie „republic”, w którym je jedliśmy mieścił się przy union square, był w przeciwieństwie do „cafe habana” bardzo duży. w menu miał właśnie kanapki (choć nie tylko) inspirowane kanapkami wietnamskimi, nie siląc się na specjalną ortodoksję.

i znowu był to dobry wybór. ja dostałem najbliższą oryginałowi, ogromną bułkę wypełnioną szynką, pasztetem (!) i jakąś jeszcze wędliną, zbliżoną do salcesonu, ale także kolendrą, ostrymi piklami, jalapenos i majonezem. asia zjadła bodajże niewiele gorszą kanapkę z krewetkami i gorzkawą rukwią wodną. kanapki były bardzo ostre.

skoro pojechaliśmy do ameryki, nie mogliśmy nie spróbować hamburgerów. tym razem (bo obiecujemy sobie, że do nowego jorku wrócimy) nie udało nam się zjeść klasycznych hamburgerów, choć mieliśmy stosowne namiary. za to trafiliśmy na wersję wysmakowaną, w barze o nazwie „zaitzeff”. brzmi dziwnie? dziwna jest tylko pisownia. „zajcew” jednoznacznie wskazuje na pochodzenie właścieli lokalu. ale nie były to hamburgery po rosyjsku, o ile coś takiego istnieje. ten niewielki lokalik założyło dwóch braci zajcew, którzy porzucili karierę na wall street. karierę porzucili, ale nie dzielnicę finansową, gdzie mieści się „zaitzeff” (jest jeszcze drugi lokal, w innej części nowego jorku).

menu jest bardzo krótkie, a dwie jego główne pozycje to hamburger z polędwicy wołowej i hamburger z wołowiny kobe. do tej pory nie przychodziło mi do głowy, żeby najlepsze kawałki wołowiny mielić na hamburgery, ale w tej części nowego jorku nikt nie oszczędzał. i tak powstał kryzys finansowy 🙂

hamburgery są więc specjalne, specjalne są też bułeczki, w których są podawane (małe, miekkie, słodkawe i jakby przypalone od spodu), zapewne specjalna jest też cebulka, która jest jedynym domyślnym składnikiem – na pewno jest organiczna, a nie zdziwiłbym bym się, gdyby uprawiający ją farmer stosował się do zaleceń biodynamiki. high-endowe hamburgery zajcewów są też dosłownie wysokie. spożywa się je ekstremalnie niewygodnie: jeśli mieliście kiedyś kłopot z otworzeniem szczęk wystarczająco szeroko, by ugryźć potrójnego whoopera, to wyobraźcie sobie coś jeszcze wyższego, za to o trzy razy mniejszej podstawie.

kanapki od zajcewów były smaczne, ale kłopoty z konsumpcją (nie było akurat nikogo, kto by jadł te hamburgery przy nas, może stali bywalcy mają jakieś sposoby, które można podpatrzeć) i dość wysoka cena sprawiły, że nie mogę powiedzieć, że było to coś rewelacyjnego. być może nie jestem w stanie docenić smaku wołowiny z krów wypasanych tylko przy pełni księżyca na południowym stoku jakiejś wyjątkowej góry w apallachach  😉 poczytałem trochę recezji w interencie i skrajnych zachwytów jest niewiele, choć nikt nie pisze, że nie smakowało. jeszcze tego by brakowało, byśmy marudzili na mielone. z polędwicy wołowej. zdjęć nie robiłem, ale ktoś się nie powstrzymał.

i wreszcie ostatnie nowojorskie kanapki, jedzone dzień przed wyjazdem. najsławniejsze, bo z „katz delicatessen”. legendarny lokal, założony w 1888 roku przez nowojorskich żydów (wieprzowiny więc tam nie uświadczysz), a rozsławiony między innymi przez meg ryan, która w filmie „kiedy harry poznał sally” udowadniała, że każda kobieta potrafi udawać orgazm.

stolik przy którym siedziała jest dziś upamiętniony w specjalny sposób, wisi nad nim powiem napis „życzymy ci, żebyś miała to samo, co ona”. życzenia są dość przewrotne, bo czemu życzyć udawanych orgazmów?

zanim meg ryan wywołała zgorszenie/zazdrość na twarzach innych gości, wyjęła ze swojej kanapki większość wędliny i może dlatego możemy mieć pewność, że orgazm był udawany. katz delicatessen słynne jest z hotdogów, matzo soup a zwłaszcza z dwóch rodzajów kanapek: tych z corned beef (sally) i z pastrami (harry). ja skusiłem się właśnie na przeogromną kanapkę z pastrami. pastrami, które w niczym nie przypomina smutnie leżącej w gablotach sklepów miesnych wysuszonej wędliny z wołu o smaku glutaminianu sodu.

pastrami u katza jest ciepłe, miekkie i soczyste. tak miękkie, że musi być krojone ręcznie. kilka(naście) plastrów pastrami jest wkładanych pomiędzy dwa kawałki lekko kminkowego chleba. musztarda, ogórki kiszone i zwykłe i to wszystko. przyjemność zjedzenia tego nowojorskiego specjału kosztuje dość słono, bo prawie 15 dolarów (system płatności jest ciekawy: przy wejściu do lokalu dostajemy bilet, na którym odnotowywane są wszystkie nasze zamówienia, na koniec płacimy przy wyjściu w kasie wyglądającej jak kasa teatralna, a całości pilnuje młody tłustawy mężczyzna o mocno semickich rysach, jedyny w całym lokalu, obsługa jest bowiem już wyłącznie latynoska). ale warto. kanapka jest gigantyczna, prawie nie do zjedzenia, przeżycie jedyne w swoim rodzaju. miejsce, w którym zapewne nie bywa się często, ale w którym nie być wcale to wstyd.

i to tyle kanapkowych wspomnień. za jakiś czas opowiem jeszcze o innych kulinarnych przeżyciach z „big apple”, zupełnie odmiennych…

dodam jeszcze, żeby zachować charakter bloga, że wyjazd ten zainspirował mnie do częstszego urozmaicania kanapek, które jadamy na kolacje i śniadania. niewiele trzeba. bierzemy dwie kromki, wrzucamy na patelnię grillllową, na jedną kładziemy wędlinę (np. włoską pikantną kiełbasę), na drugą ser (dobrze w takich  kanapkach smakuje młoda gouda), w środek rukolę (dużo, bo znika), smarujemy musztardą dijon, możemy dodać suszone pomidory, możemy dodać oliwki, ja zawsze skrapiam świeżą cytryną, potem jeszcze na chwilę na patelnie (przyciskamy czymś ciężkim) i jemy z dużo większą przyjemnością niż zwykłe kanapki z wędliną.

my ży(jemy)

Listopad 14, 2009

wszystkich niepokojących się o to, czy nie umarliśmy z głodu uspokajam. nie, żyjemy, jemy i nawet podejmujemy gości. tylko jakoś nie bardzo w pochmurną jesienną pogodę chce mi się sięgać po aparat i robić zdjęcia. ale może znowu się zmobilizuję? a może czas na zmianę formuły?

zaległości, część druga

Wrzesień 27, 2009

moja żona wybrała się na tydzień do paryża. bynajmniej nie przywiozła stamtąd francuskich serów czy pasztetów. do walizki zmieściły się za to tajskie bakłażany, świeży zielony pieprz i kilka innych składników, które pewnie jeszcze tutaj się pojawią.

zabraliśmy się więc za konsumpcję. zaczęliśmy od bakłażanów.

IMG_0051-S

przygotowaliśmy je w sosie z mleczka kokosowego, bardzo podobnie, jak zrobiłem to sam tydzień wcześniej, z tą różnicą, że kolendry było znacznie mniej (druga połowa krzaczka nie doczekała), dołożyliśmy też czerwoną paprykę, no i bakłażany. bakłażany wystąpiły w dwóch odmianach: to, co wygląda na zdjęciu jak groszek, to też jakiś rodzaj bakłażana. jednak bardziej smakowały nam te większe, które przekroiliśmy na kilka części. do tego gewurtztraminer, także przywieziony z paryża… niebo w gębie. takie same bakłażany można kupić i w polsce, więc na pewno danie to jeszcze powtórzymy.

to wczoraj. a dziś? dziś mieliśmy ochotę na karkówkę.

kupiliśmy więc spory kawałek tejże i po dość drobnym pokrojeniu namoczyliśmy w sosie ketchup manis.

IMG_0078-S

potem bardzo szybkie smażenie w bardzo rozgrzanym woku. dołożyłem trochę sambalu, zielonego świeżego pieprzu (na początku był taki pomysł, żeby zrobić to tylko z zielonym pieprzem, ale ketchup manis nie może się obejść bez sambalu), odrobiny chińskiego ciemnego octu i czarnego pieprzu. a na sam koniec, już po wyłączeniu gazu, dorzuciłem trochę bliżej niezidentyfikowanej sałaty (sprzedawano to w marcpolu jako sałata orientalna, moim zdaniem była to jedna z odmian bok-choi).

IMG_0099-S

i zjedliśmy z nieco rozgotowanym ryżem, popijając piwem. też można gościom, zwłaszcza takim, których dość tłusta karkówka nie odstraszy. choć pewnie przygotowania tego dania dla 10 osób bym się nie podjął: mam za mały wok i za mało wydajny palnik, nawet dla nas musiałem podzielić smażenie na trzy części.

zaległości, część pierwsza

Wrzesień 27, 2009

potrawy na ogół opisuję na blogu zaraz po zjedzeniu, tym razem zebrało się całkiem sporo zaległości.

IMG_0004-S

pierwsza z nich powstała w nietypowy sposób. mianowicie wybierałem się do dentysty w dość nieprzyjemnej sprawie, a że pora była obiadowa, pomyślałem, że dobrze byłoby coś zjeść, zwłaszcza, że potem na pewno przez pewien czas jeść nie będę mógł. miałem w lodówce świeży szpinak. tylko, że szpinak wręcz błaga o towarzystwo czosnku, a to byłoby raczej niewskazane zważywszy na okoliczności.

zamiast czosnku: prażony czarny sezam, japoński sos sojowy, odrobina octu ryżowego, nanami togarashi… bardzo to smaczne wyszło. dodałem świeżego udonu i zjadłem z apetytem. można gościom, tylko z sosem sojowym trzeba uważać (ja przedawkowałem).

kilka dni po tej wizycie, kiedy już w miarę mogłem jeść, postanowiłem trochę zaszaleć.

IMG_0019-S-2

na oleju rozgrzałem posiekany imbir i czosnek, dolałem mleko kokosowe i trochę sosu rybnego. wrzuciłem więc kilka dużych krewetek (tu uwaga: nigdy nie odmrażajcie krewetek pod zimną wodą. nawet ich nie przepłukujcie!), sporą łychę pasty zielone curry, trochę pasty ze świeżej tajskiej bazylii, makaron sojowy (wcześniej namoczony w letniej wodzie) i poł krzaczka kolendry.

oj, ale dobre to wyszło. chyba dzięki makaronowi cały sos nabrał wspaniałej kremowej konsystencji. dla gości można przygotować w wersji z trawą cytrynową i galangalem, ale jak na posiłek słomianego singla to i tak był overkill.

była wspaniała.

nie bardzo mi smakowała.

IMG_0020-S

i wbrew pozorom nie ma w tym wielkiej sprzeczności.

tarta powstała w dość przypadkowy sposób. czasem kupujemy gotowe ciasto francuskie, bo lubimy tarty na tym cieście (np. z karczochami albo z łososiem i szpinakiem). kiedy zobaczyłem ciasto w sklepie odruchowo wrzuciłem je do koszyka. dopiero w domu okazało się, że to ciasto… kruche. poleżało trochę w lodówce, w końcu zaczęło się zbliżać do terminu przydatności.

a ja się strasznie przeziębiłem.

siedziałem i smarkałem, a gdy żona zawołała mnie na obiad do kuchni, zobaczyłem wspaniałą tartę. z domowym pesto, kozim serem, bakłażanem grillowanym na patelni grillowej i suszonymi pomidorami, posypana świeżym tymiankiem. i nawet otworzyliśmy butelkę wina. i nic mi nie smakowało – przeziębienie kompletnie pozbawiło mnie jakichkolwiek doznań. wino ledwo mogłem pić (smakowało jak rozwodniona wódka z sokiem gruszkowym), tarta składała się głównie ze słonego smaku. a wiem, że była dobra i że można gościom.

mam jednak nadzieję, że następnym razem, kiedy pomylę się w sklepie, nie skończy się to tak jak ostatnio. a pomylę się na pewno.

mieliśmy mieć dziś na obiad pizzę. wczoraj poszliśmy do mojego ulubionego (i absolutnie genialnego) włoskiego sklepu przy stacji metra stokłosy (wszyscy warszawiacy biegiem po gorgonzolę w cenie 40 zł/kg czy prosciutto za mniej niż 80 zł/kg – jeśli kogoś szokuje ostatnia cena, to donoszę, że widziałem ostatnio paczkowane prosciutto po 290 zł), kupiliśmy mąkę do pizzy, jakieś pikantne włoskie salami, mozarellę już mieliśmy.

no ale pizzy nie było. moja córka zapragnęła uczcić początek roku szkolnego wizytą w restauracji i jakoś potrafiła to na tyle przekonująco umotywować, że ulegliśmy. nie stawialiśmy zresztą wielkiego oporu. poszliśmy do il caminetto, zjedliśmy (no, prawie) po pizzy…

20090830348

… a na kolację zrobiliśmy już coś sami. wiele robić nie musieliśmy.

sałata. rukola. oliwa. prosciutto. parmezan. balsamico*. i gotowe.

IMG_0073-S

można gościom, z włoskim, trochę cienkim, ale nie pozbawionym wdzięku winem. kuchnia włoska absolutnie rządzi w europie, w mojej skromnej i nie bezstronnej opinii.

*) warto zainwestować w trochę lepsze, dłużej starzone balsamico. jest różnica! a używa się go dość mało, więc i tak na długo starczy.

indyjskie krewetkowe curry

Sierpień 29, 2009

duża paczka mrożonych surowych krewetek zalegała nam w zamrażalniku już od jakiegoś czasu, pomysłu na sobotni obiad nie trzeba było daleko szukać. chodzi za nami kuchnia indyjska od dawna, więc krewetki miały być podane właśnie w tej wersji. przepis pochodzi z serii książek dodawanych do wyborczej.

jak większość curry jest to potrawa dość pracochłonna (oczywiście jak na nasze standardy, w myśl których wszystko, czego nie da się przygotować w ciągu 20 minut jest pracochłonne). a więc najpierw prażymy/smażymy bez tłuszczu wiórki kokosowe, posiekaną cebulę, gorczycę, ziarna kolendry i chilli. potem miksujemy to wszystko i dodajemy do liści laurowych (mamy własny mini-krzaczek, polecam, są znacznie bardziej aromatyczne) czosnku i imbiru, podsmażonych wcześniej na oleju. następnie dodajemy pomidora, sok z pomidora (lub wodę). my wrzuciliśmy jeszcze kilka liści curry, których mamy spory zapas.

IMG_0017-S

na sam koniec na patelni lądują krewetki, smażymy je kilka minut. i podajemy. moja mała tajemnica: nie przepadam za ryżem basmati. nie jestem fanem ani jego konsystencji, ani specyficznego zapachu (choć ogólnie ryż uwielbiam). ale skoro mamy ryż basmati to trzeba go zjeść. więc podaliśmy go do krewetek.

IMG_0036-S

zapewne da się wyczuć w tym wpisie pewien brak entuzjazmu. to raczej efekt zawyżonych oczekiwań. bo danie było naprawdę bardzo smaczne, brakowało mu jednak „tego czegoś”. może powinno być ostrzejsze (papryczki chilli w zamrażalniku powoli, ale zauważalnie tracą na ostrości)? może powinno być skontrapunktowane czymś kwaśnym? może należało użyć ghee zamiast oleju (nie mieliśmy jednak już ghee)? nie powinniśmy jednak narzekać. gościom go pewnie nie podamy (może w jakiejś zmodyfikowanej wersji?), ale zjedliśmy z przyjemnością.

podamy natomiast deser. cantuccini maczane w sherry pedro ximenez. o ile tego sherry nie wypijemy, zanim ktokolwiek do nas przyjdzie.