już po raz ostatni przekierowujemy wiernych czytelników na nowego bloga: http://moznagosciom.posterous.com/arabski-obiad

koniecznie zobaczcie i wrzućcie do zakładek nowy adres.

Reklamy

http://moznagosciom.posterous.com/chicken-tikka-masala

zapraszam.

PRZEPROWADZKA!

Luty 21, 2010

Przeprowadzam się, raczej na stałe. Oto nowy adres: http://moznagosciom.posterous.com/

Dlaczego? Lżejszy system blogowy, z możliwością większej ingerencji w wygląd (za darmo), zintegrowany z Facebookiem i Twitterem…

Ale to nie koniec wiadomości. Foodelek wrócił! Na razie na Facebooka. Masz konto na FB? No to zostań fanami Foodelka: http://www.facebook.com/foodelek (jeśli prowadzisz bloga kulinarnego, to może Twoje przepisy już tam trafiły, sprawdź!)

kanapki z nowego jorku

Listopad 30, 2009

w październiku wybraliśmy się do nowego jorku. byliśmy tam tylko tydzień, ale przywieźliśmy tyle wrażeń, jakbyśmy spędzili tam znacznie dłuższy czas. były to również wrażenia kulinarne, na tyle silne, że zdecydowałem się opisać je na blogu. choć nasze oczekiwania były duże – nowy jork jest jak wiadomo jedną z gastronomicznych stolic świata – nie można powiedzieć o rozczarowaniu. wręcz przeciwnie: tęsknić zaczęliśmy niemal od razu po powrocie do polski (choć uczciwie trzeba przyznać, że warszawa w porównaniu z nowym jorkiem jest miastem błogiej ciszy i względnego porządku).

zaczniemy skromnie od kanapek. kanapki to niemal nasze narodowe danie, ale co z tego, skoro zazwyczaj robimy je według schematu „chleb, masło, ser lub wędlina”, czasem dekorując liściem sałaty lub polewając ketchupem. ten smutny schemat nieco przełamują sieciówki takie jak subway, czy nawet firmy karmiące pracowników biur (serwujące coraz wymyślniejsze, ale na ogół średnio smaczne kanapki). jednak gdyby ktoś nam powiedział, że mamy żywić się wyłącznie kanapkami, poczulibyśmy się skazani na drakońską dietę (choć bardzo często sami się na nią skazujemy).

w nyc żywić się wyłącznie kanapkami. nie będzie to zapewne specjalnie zdrowe, ale pewno nie będzie nudne.

już pierwszego dnia (przylecieliśmy wieczorem) wybraliśmy się  do lokalu o nazwie „cafe habana”, położonego dosłownie 100 metrów od miejsca, gdzie§ nocowaliśmy. panował w nim potworny ścisk, a i tak, jak się potem okazało, mieliśmy sporo szczęścia, nie musząc czekać na zewnątrz. bar ten serwuje dania kuchni „latynoskiej”, a jego specjalnością są kubańskie kanapki z gotowaną wieprzowiną.

Cafe Habana za dnia

oglądaliście „dextera”? główny bohater w prawie każdym odcinku zatapia swe snieżnobiałe zęby w jednej z takich kanapek i czasem wygląda na to, że sprawia mu to większa przyjemność niż zatapianie skalpela w ciałach swych ofiar. w filmie klika razy pada sugestia, że jest to przysmak. owszem, jest. wprawdzie mój stossunek do gotowanych mięs przypomina stosunek psa do jeża, ale kanapka z gotowaną (a nie wygotowaną) wieprzowiną była znakomita. pisząc o niej od razu czuję, że nie potrafię teraz rozłożyć jej na czynniki pierwsze – trudno żebym potrafił, w końcu jadłem ją w całości, a nie dzieląc na poszczególne składniki. w każdym razie wieprzowina tam była (chyba podpieczona nieco), był tam też ser żółty, dość pikantny, była też musztarda, a wszystko to między dwoma kawałkami miękkiego pieczywa, przypominającego bardziej chleb niż bułkę.

skoro już przy „cafe habana” jesteśmy to nie mogę pominąć innego specjału, jaki tam podają: grillowanej kukurydzy. samo danie wydaje się mało interesujące, ale sos i przyprawy w jakich obtoczone są kolby to majstersztyk. słodka, rumiana kukurydza polana jest specjalnym rodzajem sera z dodatkiem chilli i chyba cynamonu. słodki, słony, ostry i kwaśny: w tym prostym daniu wszystkie te smaki połączone zostały w cudowny sposób, zresztą przeczytajcie sami recenzje tego miejsca z menuism.com czy z blogów – nawet, jeśli ktoś znalazł w menu lokalu jakiś słaby punkt, nigdy nie jest nim owa kukurydza. znalazłem przepis, grill na działce czeka na wiosnę, kukurydzę można kupić, ktoś wie, czy w polsce do dostania jest ser cotija?

kolejny kanapki były równie, a może i bardziej egzotyczne. jednym z krajów, gdzie zwyczaj wkładania pomiędzy bułki (i to klasyczne paryskie bagietki) pysznych rzeczy i zajadania ich ze smakiem jest… nie, nie chodzi o francję, ale o wietnam. francuzi, którzy krajem tym rządzili przez wiele lat sprowadzili tam między innymi francuskie pieczywo, wietnamczycy nieco je zmodyfikowali; w rezultacie wietnamskie kanapki (bánh mì) są w niektórych miastach tego kraju równie popularne na ulicach co sajgonki.

lokal o nazwie „republic”, w którym je jedliśmy mieścił się przy union square, był w przeciwieństwie do „cafe habana” bardzo duży. w menu miał właśnie kanapki (choć nie tylko) inspirowane kanapkami wietnamskimi, nie siląc się na specjalną ortodoksję.

i znowu był to dobry wybór. ja dostałem najbliższą oryginałowi, ogromną bułkę wypełnioną szynką, pasztetem (!) i jakąś jeszcze wędliną, zbliżoną do salcesonu, ale także kolendrą, ostrymi piklami, jalapenos i majonezem. asia zjadła bodajże niewiele gorszą kanapkę z krewetkami i gorzkawą rukwią wodną. kanapki były bardzo ostre.

skoro pojechaliśmy do ameryki, nie mogliśmy nie spróbować hamburgerów. tym razem (bo obiecujemy sobie, że do nowego jorku wrócimy) nie udało nam się zjeść klasycznych hamburgerów, choć mieliśmy stosowne namiary. za to trafiliśmy na wersję wysmakowaną, w barze o nazwie „zaitzeff”. brzmi dziwnie? dziwna jest tylko pisownia. „zajcew” jednoznacznie wskazuje na pochodzenie właścieli lokalu. ale nie były to hamburgery po rosyjsku, o ile coś takiego istnieje. ten niewielki lokalik założyło dwóch braci zajcew, którzy porzucili karierę na wall street. karierę porzucili, ale nie dzielnicę finansową, gdzie mieści się „zaitzeff” (jest jeszcze drugi lokal, w innej części nowego jorku).

menu jest bardzo krótkie, a dwie jego główne pozycje to hamburger z polędwicy wołowej i hamburger z wołowiny kobe. do tej pory nie przychodziło mi do głowy, żeby najlepsze kawałki wołowiny mielić na hamburgery, ale w tej części nowego jorku nikt nie oszczędzał. i tak powstał kryzys finansowy 🙂

hamburgery są więc specjalne, specjalne są też bułeczki, w których są podawane (małe, miekkie, słodkawe i jakby przypalone od spodu), zapewne specjalna jest też cebulka, która jest jedynym domyślnym składnikiem – na pewno jest organiczna, a nie zdziwiłbym bym się, gdyby uprawiający ją farmer stosował się do zaleceń biodynamiki. high-endowe hamburgery zajcewów są też dosłownie wysokie. spożywa się je ekstremalnie niewygodnie: jeśli mieliście kiedyś kłopot z otworzeniem szczęk wystarczająco szeroko, by ugryźć potrójnego whoopera, to wyobraźcie sobie coś jeszcze wyższego, za to o trzy razy mniejszej podstawie.

kanapki od zajcewów były smaczne, ale kłopoty z konsumpcją (nie było akurat nikogo, kto by jadł te hamburgery przy nas, może stali bywalcy mają jakieś sposoby, które można podpatrzeć) i dość wysoka cena sprawiły, że nie mogę powiedzieć, że było to coś rewelacyjnego. być może nie jestem w stanie docenić smaku wołowiny z krów wypasanych tylko przy pełni księżyca na południowym stoku jakiejś wyjątkowej góry w apallachach  😉 poczytałem trochę recezji w interencie i skrajnych zachwytów jest niewiele, choć nikt nie pisze, że nie smakowało. jeszcze tego by brakowało, byśmy marudzili na mielone. z polędwicy wołowej. zdjęć nie robiłem, ale ktoś się nie powstrzymał.

i wreszcie ostatnie nowojorskie kanapki, jedzone dzień przed wyjazdem. najsławniejsze, bo z „katz delicatessen”. legendarny lokal, założony w 1888 roku przez nowojorskich żydów (wieprzowiny więc tam nie uświadczysz), a rozsławiony między innymi przez meg ryan, która w filmie „kiedy harry poznał sally” udowadniała, że każda kobieta potrafi udawać orgazm.

stolik przy którym siedziała jest dziś upamiętniony w specjalny sposób, wisi nad nim powiem napis „życzymy ci, żebyś miała to samo, co ona”. życzenia są dość przewrotne, bo czemu życzyć udawanych orgazmów?

zanim meg ryan wywołała zgorszenie/zazdrość na twarzach innych gości, wyjęła ze swojej kanapki większość wędliny i może dlatego możemy mieć pewność, że orgazm był udawany. katz delicatessen słynne jest z hotdogów, matzo soup a zwłaszcza z dwóch rodzajów kanapek: tych z corned beef (sally) i z pastrami (harry). ja skusiłem się właśnie na przeogromną kanapkę z pastrami. pastrami, które w niczym nie przypomina smutnie leżącej w gablotach sklepów miesnych wysuszonej wędliny z wołu o smaku glutaminianu sodu.

pastrami u katza jest ciepłe, miekkie i soczyste. tak miękkie, że musi być krojone ręcznie. kilka(naście) plastrów pastrami jest wkładanych pomiędzy dwa kawałki lekko kminkowego chleba. musztarda, ogórki kiszone i zwykłe i to wszystko. przyjemność zjedzenia tego nowojorskiego specjału kosztuje dość słono, bo prawie 15 dolarów (system płatności jest ciekawy: przy wejściu do lokalu dostajemy bilet, na którym odnotowywane są wszystkie nasze zamówienia, na koniec płacimy przy wyjściu w kasie wyglądającej jak kasa teatralna, a całości pilnuje młody tłustawy mężczyzna o mocno semickich rysach, jedyny w całym lokalu, obsługa jest bowiem już wyłącznie latynoska). ale warto. kanapka jest gigantyczna, prawie nie do zjedzenia, przeżycie jedyne w swoim rodzaju. miejsce, w którym zapewne nie bywa się często, ale w którym nie być wcale to wstyd.

i to tyle kanapkowych wspomnień. za jakiś czas opowiem jeszcze o innych kulinarnych przeżyciach z „big apple”, zupełnie odmiennych…

dodam jeszcze, żeby zachować charakter bloga, że wyjazd ten zainspirował mnie do częstszego urozmaicania kanapek, które jadamy na kolacje i śniadania. niewiele trzeba. bierzemy dwie kromki, wrzucamy na patelnię grillllową, na jedną kładziemy wędlinę (np. włoską pikantną kiełbasę), na drugą ser (dobrze w takich  kanapkach smakuje młoda gouda), w środek rukolę (dużo, bo znika), smarujemy musztardą dijon, możemy dodać suszone pomidory, możemy dodać oliwki, ja zawsze skrapiam świeżą cytryną, potem jeszcze na chwilę na patelnie (przyciskamy czymś ciężkim) i jemy z dużo większą przyjemnością niż zwykłe kanapki z wędliną.

my ży(jemy)

Listopad 14, 2009

wszystkich niepokojących się o to, czy nie umarliśmy z głodu uspokajam. nie, żyjemy, jemy i nawet podejmujemy gości. tylko jakoś nie bardzo w pochmurną jesienną pogodę chce mi się sięgać po aparat i robić zdjęcia. ale może znowu się zmobilizuję? a może czas na zmianę formuły?