peposo

Luty 2, 2010

kolejne danie z „włoskiej wyprawy jamiego” olivera i kolejny hit. absolutnie można gościom.

danie to, nazywane „toskańskim curry” jest rodzajem gulaszu z wołowiny lub cielęciny (wołowina spotykana jest częściej) bardzo obficie doprawionego pieprzem. pogooglałem trochę i zmodyfikowałem nieco przepis jamiego, który wydał mi się nieco nazbyt uproszczony. są bowiem różne wersje tego dania, niektóre zawierają samo mięso, czosnek i przyprawy, a niektóre wzbogacone są o warzywa, w tym nawet pomidory. ja z pomidorów zrezygnowałem.

moja wersja wygląda tak: kupiłem kilogram giczy cielęcej (mięsa na niej nie jest zbyt dużo, następnym razem dokupiłbym cielęciny, ale z giczy bym nie rezygnował: kostka jest bowiem niezbędna). odkroiłem mięso i podzieliłem na niewielkie kawałki. jedną marchewkę posiekałem w pijane julienne, obrałem z 5 szalotek i z 10 ząbków czosnku. mięso na oliwie zbrązowiłem (niektóre przepisy, w tym oryginalny, to pomijają, ale co mi szkodziło), potem dodałem marchewkę, szalotki i czosnek do rondelka, próbując ułożyć dwie warstwy. każdą warstwę posypałem bardzo, ale to bardzo obficie pieprzem, świeżo i grubo mielonym. trochę posoliłem, dodałem kilka gałązek świeżego rozmarynu, listek laurowy, trochę bazylii, kilka ziaren jałowca. i zalałem czerwonym winem (zupełnie pijalny tani merlot z korsyki, choć pewnie powinno być chianti). poszła prawie cała butelka. nie zapominamy o włożeniu kości!

rondelek doprowadziłem do wrzenia, a potem przeniosłem do piekarnika, gdzie spokojnie, powoli, w niskiej temperaturze (ok. 130 stopni) leżał sobie pod przykryciem przez ponad 6 godzin. przed pójściem spać wyłączyłem piekarnik (danie jeszcze rano było ciepłe).

peposo

przyszła pora obiadu, podgrzałem powoli i podałem na bułeczkach, też świeżo wyjętych z pieca, a potem przyrumienionych na patelni grillowej, skropione oliwą. do tego fleurie z m&s, trochę za delikatne jak na takie myśliwskie żarcie. peposo rozpływało się w ustach.

nie mam wątpliwości, że wrócimy do tego dania. jest idealne na zimę. jedyną jego wadą jest chyba to, że nie jest zbyt tanie. z kilograma mięsa z kością wyszły nam 3 porcje, do tego dodać trzeba 2 butelki wina (jedną do środka, drugą do popijania, bo zjeść peposo bez czerwonego wina, to grzech). no i nie jest to fast-food, choć kiedy mamy już gotowe, wystarczy podgrzać.

Reklamy

komentarze 3 to “peposo”

  1. Mich said

    Bardzo mi się przepis podoba. Wprawdzie miałem Jamiego w Italii (oddałem w prezencie), ale nie próbowałem tej potrawy. Zdjęcia – pierwsza klasa. Prawdopodobnie też obsmażyłbym mięso.
    Ostatnio mam fazę na Azję, pochodzę po Waszym blogu, pewnie mnie zainspiruje:)

  2. pinos said

    Z nieba mi spadłeś 🙂 To nie można gościom, to absolutnie _trzeba sobie_.

  3. konsti said

    Dobre, dobre… Podoba mi sie zwlaszcza ta butla czerwonego wina do srodka:)
    Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: