kerala chicken curry

Maj 12, 2009

w sobotę robiliśmy tradycyjne chaotyczne zakupy (czyli takie, z których – po kilku godzinach spędzonych w sklepach – wracamy obładowani różnymi składnikami, z których trudno zmontować jakąś konkretną potrawę). część tych zakupów zrobiliśmy w sklepie afroasia przy kazimierzowskiej. i przynieśliśmy z nich między innymi sporą paczuszkę świeżych liści curry. kiedyś miałem trochę suszonych, ale słyszałem, że świeże są znacznie „lepsze”, więc nie wahałem się ani chwili.

skoro już miałem te liście, zaczęło się poszukiwanie możliwości ich zużycia. natrafiłem na przepis na kurczaka z kerali, który miał wiele zalet: mieliśmy wszystkie składniki, a na dodatek potrzeba było aż 20 liści curry (a nie kilka jak w pozostałych przepisach). a kupiliśmy ich naprawdę sporo i szkoda, żeby się zmarnowały.

jest to przepis południowoindyjski. curry jest więc dość pikantne i oparte na mleku kokosowym. pomidory zapewne nie się tradycyjnym dodatkiem, ale znikają gdzieś w środku.

IMG_0208-S

powyżej na zdjęciu możecie zaobserwować samotny zielony listek curry tonący w mleku kokosowym 🙂

już po ugotowaniu całości dodaje się podsmażoną wcześniej cebulę, kolendrę i trochę garam masali. cebulę mieliśmy czerwoną, stąd taki ładny kontrast.

IMG_0219-S

zjedliśmy z ryżem tajskim, bo nie chceliśmy otwierać paczki z basmati (mamy chyba ze 3 odmiany ryżu otwartę i plagę moli, więc woleliśmy nie ryzykować).

IMG_0241-S

curry z kerali zasługuje na dobrą ocenę, ale nie będzie naszym ulubionym. jadło się z przyjemnością, ale nie taką jaką sprawił nam (dla sprawiedliwości dodajmy: dużo bardziej pracochłonny) kurczak w sosie pomidorowo maślanym. wydaje się, że te liście już trochę straciły na aromacie, w końcu przebyły długą drogę.

tak czy owak zostało nam jeszcze bardzo dużo liści curry i będziemy teraz szukali kolejnych przepisów. ten wspominać będziemy dobrze, ale chyba krótko. popijaliśmy bardzo mi smakującym furmintem, który zresztą można kupić i to taniej, w sąsiadującej z azjatycko-afrykańskim sklepem winiarni.

Reklamy

Komentarzy 11 to “kerala chicken curry”

  1. agata said

    Bardzo lubię wariacje na tema curry, ale skoro tej nie polecacie …:)

  2. agata said

    … dalej będę szukać ideału. Może sos pomidorowo- maślany to jest to? na pewno wypróbuję!

  3. moznagosciom said

    nie polecamy to za dużo powiedziane. jedliśmy lepsze.

  4. Ptasia said

    Mmmm, Kerala… 😉
    Świeże liście lepsze, lepsze… Co do liści curry: mam takie suszone chyba 2-letnie, myślałam, że już do niczego, ale namoczone (w sensie, jak się pogotują w mokrym) odzyskują aromat i smak.
    Tak w sumie myślę, że z nimi można by zrobić to, co z liśćmi limonki: zamrozić świeże, potem wyciągać pojedyncze zamrożone.

  5. moznagosciom said

    właśnie tak zrobiłem, zamroziłem kilka gałązek. ale podobno tracą na mrożeniu.

  6. Mich said

    Świeżych liści curry jeszcze nie widziałem, dzięki za link do sklepu AfroAsia- nie znałem, z pewnością odwiedzę. Wczoraj przed snem obejrzałem program na kuchni.tv o Marcusie Samuelssonie- kucharzu o etiopskich korzeniach. Gdy patrzyłem na te szwedzkie (sic!) potrawy, które robił fusion z afrykańskimi smakami i aromatami – poezja!
    po inspiracje azjatycko-afrykańskie zawsze do Was zaglądam

  7. polka said

    Dziekuje bardzo za przydatne linki, bo moze niedlugo zamieszkam w Warszawie 🙂
    Podoba mi sie kolor, ale nie umiem sobie wyobrazic smaku mleka kokoswoego z pomidorami – dobre to to?
    Pozdrawiam 🙂

  8. polka said

    Jejku i przepraszam za literowki 😦

  9. iga said

    musze Was zmartwic, bo niestety te cholerne mole nie tylko, ze dostana sie do paczuszki basmati, to jeszcze bardzo goscinnie wejda do najbardziej hermetycznego sloika. U mnie tak co trzy lata. No i wyrzucamy wszystko!
    Bardzo pomocne jest zwalanie winy na gosci, bo jedni zwiezli jakies otreby, a inni zasuszona lipke z Ochoty, ale wywalic trzeba nawet zasuszone listki curry z Madagaskaru.
    Te wszystkie paczuszki z czymkolwiek, jesli maja malutki osad na sciankach (opakowanich), niestety do WYRZUCENIA!!
    A swoja droga , to ciagle czekam na recenzje z sosu jagodowego. Serdecznosci.

    • moznagosciom said

      jakoś sobie radzimy, może u nas mole są mniej napastliwe. mamy feromonową pułapkę i trochę się tam przylepiają. w hermetyczne słoiki nie wchodzą, ale faktycznie przenikają gdzie się da.

      sos jagodowy był pyszny, ale trudno go recenzować w oderwaniu od mięsa, które wyszło trochę słabiej. następnym razem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: