rodzinny włoski obiad, część druga: dania główne

Marzec 10, 2009

po przystawkach danie główne. jedno słowo: ossobuco. taki był plan. robiliśmy już ossobucco, ale było to dość dawno i chcieliśmy wrócić do tej potrawy.

ale plan to jedno, a realizacja to drugie. gdy zbliżał się termin obiadu coraz bardziej niepokoiliśmy się, gdzie kupimy gicz cielęcą i to pociętą w odpowiednie kawałki (nie dysponuję w domu gigantycznym toporem ani piłą spalinową).

w sobotę trzeba było przestać się zamartwiać i zacząć działać. zaczęliśmy od półgodzinnej nasilonej perswazji skierowanej w kierunku naszej córki, w celu skłonienia jej, by poszła z nami na pielgrzymkę po sklepach. padały słowa o rodzinnej solidarności, o życiowych koniecznościach, o tym, że nie zawsze ma się, to co się lubi oraz inne banały (z naszej strony) a także zdecydowane „nie” oraz fantastyczne pomysły („a może zostanę sama i się grzecznie pobawię”) z jej strony. cały problem stanowiło to, że wcale nie byliśmy przekonani, że w sklepach, do których się wybieramy, rzeczoną gicz dostaniemy. na dodatek miałem zupełnie inne plany na sobotę.

gdy już wymęczyliśmy się solidnie „dyskusją” („ubieraj się w tej chwili!!!”), przyszło mi do głowy, żeby poszukać w internecie. wchodzę na stronę almy, patrzę, gicz jest. no dobrze, ale jest sobota, godzina 11. jednak ku mojemu zdziwieniu były wolne terminy dostaw na wieczór. włożyłem do koszyka, napisałem w uwagach, żeby pocięli i wybrałem się na imprezę, na którą miałem iść, zamiast do sklepu. a córka dość mocno chyba się zdziwiła, dlaczego rodzice, którzy przed chwilą prośbą i groźbą nakłaniali ją do wyjścia, nagle zrezygnowali zupełnie bez walki.

wróciłem i – co niestety przeczuwałem – czekała na mnie wiadomość, że giczy nie ma. skończyła się. rano była, ale ktoś wykupił (całe szczęście, że zadzwonili z almy, a nie przywieźli jakiś substytut, np. żeberka) ciężko westchnąłem i zabrałem się za pizzę. ale nawet wina się do niej nie mogłem napić, bo pod wieczór trzeba było znowu polować na biednego cielaczka. wybrałem się więc do okolicznych sklepów, niestety, wynik był negatywny. zmęczeni tym wszystkim postanowiliśmy realizować plan b.

w niedzielę rano wstąpiły we mnie nowe siły. wstałem w miarę wcześnie i pojechałem do auchana w piasecznie. i tam czekała na mnie gicz cielęca, pokrojona w idealne kawałki. wykupiłem cały zapas!

wróciłem i właściwie od razu wzięliśmy się za pichcenie. trudno mi podać przepis, bo jak zwykle był to miks kilku receptur. chcieliśmy (a właściwie ja chciałem) trzymać się tego przepisu, czyli zrobić ossobuco tradycyjne, bez pomidorów, tak jak robiono je we włoszech, zanim pomidory się upowszechniły. i tak też zrobiliśmy. ale i tego przepisu nie trzymaliśmy się zbyt kurczowo (nie redukowaliśmy na koniec sosu, nie dodaliśmy prawdziwków, za to dodaliśmy skórkę pomarańczy). jeśli mieliśmy wątpliwości, zaglądaliśmy do książki „kuchnia włoska” (z takich podłużnych czarnych książeczek wydanych z 15 lat temu…).

a teraz będą już tylko zdjęcia…

img_9445-s

ossobucco posypaliśmy gremolatą, czyli pietruszką, startą skórką cytrynową i czosnkiem.

img_9447-s

i jeszcze zbliżenie na kostki

img_9462-s

no i jak to wygląda? dobrze, że jestem po obfitym śniadaniu.

goście byli zachwyceni, my też. aż głupio, bo to przecież samozachwyt.

do ossobucco podaliśmy, jak tradycja nakazuje, risotto alla milanese. czyli risotto z szafranem i parmezanem (mieliśmy grana padano). risotto wyszło nie do końca idealnie, chyba nie mieszaliśmy go wystarczająco często, a może mieliśmy za mały garnek i niektóre ziarenka ryżu były twardsze od reszty, ale było pyszne, mocno pachnące szafranem. i świetnie pasowało do osobucco.

img_9438-s

trudno się robi zdjęcia ryżowi. zwłaszcza, gdy wszystko stygnie, a goście czekają!

do ossobucco (z ok. 1,5 kg miesa) i risotta (z ok. 350 g ryżu) poszła nam cała butelka białego wina (no, trochę podpijaliśmy) i jeszcze ratowaliśmy się resztką czerwonego. a do obiadu kolejne trzy. było więc dość wesoło i bardzo obficie.

na deser było ciasto, które żona upiekła, a które uznawała za nieudane, co było klasycznym przykładem zaniżonej samooceny, niepotrzebnego perfekcjonizmu i zbyt wysoko stawianych sobie wymagań oraz lody tiramisu, gotowe, algidy czy nestle, strasznie słodkie (nie polecam). ponieważ żona upierała się, że ciasto jest niespecjalne, nie sfotografowałem go.

dużo się napisałem, ale i dużo się napracowaliśmy (jak na nas) i sporo, a co najważniejsze dobrze, zjedliśmy. jesteśmy dość chaotyczni w kuchni i rzadko się udaje wszystko, a tak było tym razem. jeszcze wczoraj odbieraliśmy telefony z podziękowaniami za pyszny obiad. więc chyba można gościom.

Reklamy

Komentarzy 5 to “rodzinny włoski obiad, część druga: dania główne”

  1. […] się hitem. zagryzaliśmy ją grissini, popijaliśmy winem orvieto… a kuchni szykowało się danie główne… Opublikował/a moznagosciom Zamieszczone w […]

  2. vectra said

    Następnym razem w poszukiwaniu cielęciny udajcie się na bazar za Halą Mirowską – jest zawsze, w bardzo dużym wyborze i bardzo miłej cenie

  3. konsti said

    gratulacje, co za obiad! wcale sie nie dziwie, ze goscie rozplywali sie w pochwalach…

  4. greenbean said

    unfortunately i can’t read any of these, but your pictures say it all. looks so yummy!

  5. […] ossobuco alla milanese: tradycyjne danie z północnych włoch. osobiście polecam. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: