jak zwykle w niedzielę zorientowaliśmy się, że nie bardzo mamy pomysł na obiad. inspiracji szukaliśmy u jamiego olivera, w „ministry of food” – jest tam mnóstwo dość prostych i szybkich dań. pojechałem do sklepu i wróciłem z pstrągiem, aczkolwiek, czy to pstrąg, czy jakiś pstrągołosoś, tego nie wiem.

danie przygotowywała moja żona, a ja tylko strzelałem fotki.

IMG_0382-S

to jest posmarowany oliwą filecik, zawinięty w boczek, ze świeżym rozmarynem.

IMG_0393-S

oczywiście było ich kilka. tak naprawdę, to wyszło z ryby, którą kupiłem 7 takich porcji (a jeszcze pstrąg został na jutro). wkłada się w naczynie i do rozgrzanego piekarnika na kilkanaście minut.

IMG_0405-S

w sklepie były całkiem przyzwoite i niedrogie szparagi, nie mogłem nie skorzystać z okazji. jedliśmy więc pstrąga za szparagami…

IMG_0420-S

… i młodymi ziemniaczkami. a w dodatku, całkiem wiosennie, na balkonie. no, przynajmniej w połowie na balkonie, bo zaczęło trochę wiać i trzeba było się ewakuować.

ale było pysznie. przepisy jamiego jak na razie sprawdzają się doskonale. można gościom!

jakiś czas temu kupiłem spore (półkilowe) opakowanie świeżego makaronu tagliatelle.

jakiś czas temu kupiłem „ministry of food” jamiego o.

te dwa zdarzenia, plus kilka innych sprawiły, że jedliśmy dziś na obiad pyszny makaron.

IMG_0353-S

jest to niezwykle proste danie. do gotującego się makaronu dokładamy brokuły (najpierw „łodyżki”, a potem kwiatki), a także, na sam koniec, cieniuteńko pokrojone… ziemniaki (a właściwie jednego ziemniaka). odcedzamy, mieszamy z niewielką ilością pesto, kilkoma listkami bazylii i parmezanem, podajemy (posypując dodatkowym parmezanem na talerzach).

nam trochę skomplikował sytuację fakt, że w ostatniej chwili okazało się, że nie mamy pesto, ale od czego krzaczek bazylii na oknie, mikser, oliwa i parmezan. nie mieliśmy też orzeszków piniowych, zastąpiliśmy pestkami słonecznika. pesto w tym daniu jest tylko dodatkiem, nie zrobiło to wielkiej różnicy.

objedliśmy się tym makaronem okrutnie, aż żałowaliśmy, że nikt w gości nie przyszedł, bo można gościom.

łosoś teriyaki

maj 23, 2009

danie to, które podawaliśmy na rodzinnej kolacji, wyewoluowało nam z łososia w sosie miodowo-sezamowym. szukaliśmy czegoś ciepłego, ale lekkiego i przyszedł nam do głowy ten łosoś. potem uświadomiłem sobie, że skoro podajemy też sushi, to sos teriyaki będzie bardzo na miejscu.

IMG_0342-S

danie jest proste. sos robimy z 3 części sake, 3 części mirinu, 3 części sosu sojowego i 1 części cukru. ja użyłem miodu, więc trochę potem kombinowałem, żeby nie było za słodkie. w tej zalewie (w jej części) moczy się łososia, nie za długo, wystarczy pół godziny.

potem rybę grilujemy lub smażymy. ja nie wiem, czy grilowałem, czy smażyłem, bo używałem patelni grilowej (po raz pierwszy zresztą). czyli grilowanie i smażenie w jednym. w tym samym czasie redukujemy resztę sosu. ja z tym mocno przesadziłem i sos nabrał konsystencji gęstego syropu. usmażoną rybę polewamy sosem, podajemy gościom na liściu sałaty, posypaną sezamem, w towarzystwie zblanszowanych kiełków fasoli mung. można też dodać pod koniec smażenia trochę świeżego, startego imbiru. oczywiście nie zapominamy o cytrynie!

popijaliśmy pinot blanc z alzacji, a potem pinot grigio. to pierwsze smakowało mi chyba bardziej, choć i drugie miało swój urok.

IMG_0298-S

odrobina nostalgii na początek: 20 lat temu, czerwiec, (pół)wolne wybory, pierwszy niekomunistyczny rząd. trochę wcześniej ustawy dające możliwość otwierania prywatnych biznesów. efekty widzimy chyba wszędzie, także na naszych talerzach.

zaczęto wydawać książki kucharskie, zupełnie odmienne od tych, który pamiętałem z lat 80. kolorowe, z egzotycznymi przepisami, zawierającymi wprawdzie składniki trudne do dostania, ale już nie uciekające w substytuty („krewetki zastąp małymi parówkami”). symbolem tej nowej fali była dla mnie ukazująca się od 1989 roku seria „encyklopedii kulinarnych” wydawnictwa tenten. teraz do kupienia już tylko na allegro i w antykwariatach. podłużne książeczki, z twardymi, lakierowanymi, kolorowymi okładkami, w środku ładne zdjęcia i przepisy z różnych krajów. nieco uproszczone, ale i tak stosunkowo bliskie oryginałom. pamiętam, że książeczki te były dość drogie, a jednak zebraliśmy ich kilkanaście i dalej do nich wracamy. to właśnie z jednej z nich, poświęconej kuchni indyjskiej, rok wydania 1990, pochodzi przepis na aloo gobi, nazwane tam po prostu „kartoflami z kalafiorem”. teraz te książeczki wyglądają niezwykle skromnie przy albumach kulinarnych, jakie są dostępne w księgarniach, ale wtedy…

dziś pierwszy raz zrobiliśmy aloo gobi używając ghee. warto było. oto nasz, nieco zmodyfikowany, przepis:

100 g ghee
kawałek imbiru (ok.3 cm) posiekany drobno
pół łyżeczki kuminu
pół łyżeczki gorczycy
pół strączka chili posiekany
łyżeczkę kurkumy

rozgrzać ghee w dużym rondlu. mały kalafior w cząstkach, pół kg ziemniaków pokrojonych w plasterki, przesmażyć na ghee z przyprawami na średnim ogniu 10 minut. zmniejszyć ogień, dodać łyżkę przecieru pomidorowego i łyżkę garam masali, wymieszać  i przykryć pokrywką. zostawić na gazie do miękkości warzyw, od czasu do czasu zamieszać. posypać na koniec świeżym pieprzem.

IMG_0302-S

lassi świetnie pasuje do aloo gobi. może to, co piłem (żona pozostała przy swojskim zsiadłym mleku) nie smakowało dokładnie tak, jak oryginalne lassi, ale i tak było pyszne.

IMG_0311-S

i tak sobie jedliśmy „ziemniaczki z kalafiorkiem” wspominając czasy kolekcjonowania książeczek wydawnictwa tenten.

to była chyba jedna z pierwszych potraw, którą nauczyłem się samodzielnie przyrządzać. od dzieciństwa byłem karmiony makaronem z pomidorowymi sosami, dlatego carbonara stanowiła dla mnie zaskoczenie.

oczywiście jest to potrawa, którą można robić w wielu, mniej lub bardziej oryginalnych wersjach. dziś na szybko przygotowałem półortodoksyjną carbonarę: bez pancetty (tym bardziej bez świńskich policzków, jakie występują w wersji 100% tru), ale też bez śmietany, choć miałem pod ręką i kusiła mnie bardzo. wypróbowałem też gotowanie makaronu bez gazu i całkiem się sprawdziło.

IMG_0286-S

po ugotowaniu makaron zmieszałem z podsmażonym boczkiem, wlałem jajko, które ścieło się od gorącego makaronu, zamieszałem, dolałem nieco wody z gotowania makaronu, doprawiłem parmezanem, posypałem świeżym pieprzem w sporej dawce, posypałem pietruszką… gotowe. jeśli gość bardzo się spieszy: można carbonarę.

ps. makaron jest ciemny, bo pełnoziarnisty.

no cóż, wydaje mi się, że znalazłem sposób na przedłużenie weekendu. pogotować jak w weekend. trochę trzeba się do tego zmusić, bo wiadomo, że wir zajęć wciąga. warto.

warto też kupić świeżego ananasa. i zrobić z niego curry. ok, jest poniedziałek, ale curry z ananasem to powiew nawet nie weekendu, co wręcz wakacji.

IMG_0249-S

nie byłem nigdy w tajlandii, nie wiem, na ile tajska kuchnia jest ortodoksyjna, jeśli chodzi o receptury. mam nadzieję, że nie. ja curry robię za każdym razem inaczej. tym razem głównymi składnikami były (poza ananasem) kurczak i seler naciowy. no i masa przypraw. poza gotową czerwoną pastą curry: czosnek, imbir, ziarna kolendry, pasta z tajskiej bazylii, w ułańskiej fantazji dodałem też kardamonu odrobinę, sos rybny, olej sezamowy… wszystko to w mleku kokosowym.

IMG_0255-S

dużą zaletą curry jest to, że przygotowuje się je naprawdę szybko. nie chciałem, żeby ananas się rozpadł (a był dość miękki) więc dodałem go później, pod koniec gotowania.

a potem pozostało już tylko podać z tajskim ryżem i świeżą kolendrą.

IMG_0270-S

następnym razem zrobię trochę ostrzejsze, ale jak na poniedziałkowe curry, to naprawdę, nie ma czego się czepiać. można gościom, w poniedziałek, wtorek i kolejne dni tygodnia. a nawet w weekend, czemu nie?

popijaliśmy (z umiarem) reńskim gewurztraminerem. bardzo ciekawym.

kerala chicken curry

maj 12, 2009

w sobotę robiliśmy tradycyjne chaotyczne zakupy (czyli takie, z których – po kilku godzinach spędzonych w sklepach – wracamy obładowani różnymi składnikami, z których trudno zmontować jakąś konkretną potrawę). część tych zakupów zrobiliśmy w sklepie afroasia przy kazimierzowskiej. i przynieśliśmy z nich między innymi sporą paczuszkę świeżych liści curry. kiedyś miałem trochę suszonych, ale słyszałem, że świeże są znacznie „lepsze”, więc nie wahałem się ani chwili.

skoro już miałem te liście, zaczęło się poszukiwanie możliwości ich zużycia. natrafiłem na przepis na kurczaka z kerali, który miał wiele zalet: mieliśmy wszystkie składniki, a na dodatek potrzeba było aż 20 liści curry (a nie kilka jak w pozostałych przepisach). a kupiliśmy ich naprawdę sporo i szkoda, żeby się zmarnowały.

jest to przepis południowoindyjski. curry jest więc dość pikantne i oparte na mleku kokosowym. pomidory zapewne nie się tradycyjnym dodatkiem, ale znikają gdzieś w środku.

IMG_0208-S

powyżej na zdjęciu możecie zaobserwować samotny zielony listek curry tonący w mleku kokosowym :)

już po ugotowaniu całości dodaje się podsmażoną wcześniej cebulę, kolendrę i trochę garam masali. cebulę mieliśmy czerwoną, stąd taki ładny kontrast.

IMG_0219-S

zjedliśmy z ryżem tajskim, bo nie chceliśmy otwierać paczki z basmati (mamy chyba ze 3 odmiany ryżu otwartę i plagę moli, więc woleliśmy nie ryzykować).

IMG_0241-S

curry z kerali zasługuje na dobrą ocenę, ale nie będzie naszym ulubionym. jadło się z przyjemnością, ale nie taką jaką sprawił nam (dla sprawiedliwości dodajmy: dużo bardziej pracochłonny) kurczak w sosie pomidorowo maślanym. wydaje się, że te liście już trochę straciły na aromacie, w końcu przebyły długą drogę.

tak czy owak zostało nam jeszcze bardzo dużo liści curry i będziemy teraz szukali kolejnych przepisów. ten wspominać będziemy dobrze, ale chyba krótko. popijaliśmy bardzo mi smakującym furmintem, który zresztą można kupić i to taniej, w sąsiadującej z azjatycko-afrykańskim sklepem winiarni.

sushi fail #2

maj 11, 2009

oj, pod górkę mamy z tym sushi. dobrze nam wyszły za pierwszym razem. za drugim ryż był niedogotowany. tym razem na odwrót: rozgotował się. a na dodatek chyba trochę zbyt mało był przyprawiony.

robiliśmy maki (z ogórkiem i wędzonym łososiem, dla córki) oraz nigiri. podobnie jak poprzednio z krewetkami, kupowanymi niby w tym samym miejscu, a jednak smakującymi jakby nieco gorzej (może to kwestia rozmrażania w inny sposób?). za to bardzo nam smakowały nigiri z węgorzem (unagi).

IMG_0186-S

węgorz w słodkim sosie był oczywiście gotowy, kupiony w formie mrożonki, ale naprawdę niewiele w procesie mrożenia stracił. mamy jeszcze 2/3 tacki węgorza i tyleż samo krewetek… choć na razie nie odważymy się podać sushi gościom, to pewnie nie jeden raz jeszcze spróbujemy. może znowu uda nam się dobrać właściwe proporcje wody do ryżu. niby proste, a potrafimy to zepsuć :)

żeby wymowa wpisu nie była aż tak posępna, to muszę na koniec napisać, że aż takie złe to sushi nie było (poprzednie było chyba gorsze, jednak ryż lekko rozgotowany jest lepszy niż niedogotowany). ale teraz mamy ochotę pójść do jakiejś naprawdę dobrej susharni, żeby sobie znowu naregulować celownik.

everybody szparagi, prawda?

my też, my też! pierwsze najprościej, polane masłem z odrobiną parmezanu. żeby dominował smak szparagów. ale chwilę potem już gotowałem wodę na makaron, który zjedliśmy z pokrojoną czerwoną papryką dość długo smażoną na małym ogniu w towarzystwie czosnku (na maśle, które zostało z polewania szparagów) i doprawioną na ostro. bo szparagi szparagami, a żołądek czymś napełnić trzeba.

dlatego dziś: risotto ze szparagami. pęczek szparagów smakuje wspaniale, ale jak dla mnie, to zaledwie przystawka.

IMG_0162-S

ponieważ znowu to nie ja gotowałem, oddaję głos małżonce:

Szparagi zielone obrałam (M. krzyczał z nad komputera, że zielonych się nie obiera). Pęczek, pokroiłam w kawałki (jakie widać na zdjęciach) główki odłożyłam
dymki pokrojonej łyżkę
czosnku 3 ząbki
i te szparagi na rozgrzaną oliwę wrzuciłam
a potem po chwili ryż do risotta – szklankę

trochę się w oliwie smażył, powinien do przezroczystosci, nigdy nie mam cierpliwości

kieliszek białego wina i 3/4 litra bulionu warzywnego dolewałam stopniowo  (płynu na jeden palec nad ryżem)

kiedy wchłonęło i ryz był akurat, zdjęłam z ognia i wmieszałam starty parmezam
posypać pieprzem

efekt:

IMG_0172-S

a na dodatek (ważny dodatek) popijaliśmy je bardzo dobrym soave. to już rocznik 2008. czas leci! można gościom!

ze wczorajszego i przedwczorajszego obżarstwa działkowego (mule w winie / pikantne szaszłyki z polędwicy podobne do już opisywanych na tym blogu) nic nie pozostało jeśli chodzi o zapis fotograficzny. niestety, gotowanie dla wielu osób i jednoczesne fotografowanie trochę mnie przerasta.

dziś nie mieliśmy już zupełnie ochoty na mięso i w ogóle na ciężki obiad. zrobiliśmy tartę ze szpinaku i karczochów. karczochy były niestety z puszki, więc trzeba było sporo wysiłku włożyć w doprowadzenie ich do stanu przydatności do spożycia – puszkowa zalewa infiltruje je niestety dość dogłębnie.

img_0148-s

posypaliśmy gruyerem i ostrą (o dziwo) pepperoni. no i można gościom.

img_0159-s