wietnamskie krewetki w sosie karmelowym (tom rim)
luty 28, 2009
po bardzo udanej wieprzowinie w sosie karmelowym przyszło mi do głowy, że pewnie i krewetki można przyrządzić w podobny sposób. i owszem, nie trzeba było długo szukać, żeby znaleźć przepis na potrawę zwaną tom rim. a że krewetki mieliśmy w zamrażalniku (niestety, gotowane)…

to, co widzicie powyżej to wietnamski cukier. wietnamski cukier przywieziony z wietnamu był zapewne jedynym 100% oryginalnym składnikiem tej potrawy. na ok 300g krewetek zużyliśmy pół takiej „paczki” i nie było to za dużo.
nie trzymałem się zbyt ściśle przepisu. nie dodałem oleju sezamowego, z którym nie przepadam, niektóre składniki były też trochę inne (zamiast sosu rybnego wietnamskiego ponownie tajski, dodałem też troche mirinu). o ile wieprzowinę robiliśmy prawie „saute” to tym razem dodałem sporo szalotek, czosnku i imbiru. nie zapomniałem o chilli i dużej ilości świeżego pieprzu.

wyszło bardzo dobrze, choć zawsze może być lepiej: podstawową kwestią jest wykonanie odpowiedniej ilości odpowiednio gęstego sosu karmelowego. tym razem wyszedł nieco za rzadki, ale udało się go zredukować.

zjedliśmy z ryżem i niestety bez wina. gdy przyjdą goście, podamy i wino. a na pewno kogoś na danie w sosie karmelowym zaprosimy. choć pewnie do tego czasu zużyjemy cały cukier.
makaron ze szpinakiem i ricottą
luty 26, 2009
takie szybkie danko: makaron ze szpinakiem.

miałem szpinak mrożony w całych liściach. po rozmrożeniu go wrzuciłem liście na oliwę, na której wcześniej podsmażyłem czosnek i migdały w płatkach. dodałem trochę masła, posoliłem a na sam koniec dodałem solonej ricotty (kupiliśmy takie cudo w almie, nic specjalnego, ale do szpinaku pasuje jak ulał).

zjedliśmy z wielkimi, pysznymi świdrami. i dużą ilością świeżo mielonego pieprzu.
na przyszłość dodam więcej masła, żeby było więcej sosu, szpinak wciąga oliwę jak gąbka. i można gościom, niezapowiedzianym.
wietnamska wieprzowina w sosie karmelowym
luty 21, 2009
przepis pochodzi z nieocenionego forum galeria potraw i jest jednym z tych przepisów, które (przynajmniej mi) wpadają w oko od pierwszego wejrzenia.
choć gdy przyjrzałem się mu po raz drugi, wydał mi się lekko dziwny. no bo co: wieprzowina z cukrem? posypać cukrem, a potem zalać sosem z cukru? niby przepis wschodni, a przyprawy gdzie? jest tylko sos rybny. mimo to postanowiłem sprawdzić.
kupiłem kawałek mięsa od szynki (miałem ochotę na karkówkę, ale była bardzo tłusta: podejrzewam jednak, że w oryginale wcale do tych dań nie są wybierane najlepsze kawałki mięsa), brązowy cukier trzcinowy i byłem gotów. najpierw zabawa z sosem karmelowym. długie mieszanie, rozpuszczanie, czekanie aż rondelek wypełni się karmelowymi bąbelkami. wtedy wlewamy trochę gorącej wody i zaczynają dziać się dziwne rzeczy, cała masa zaczyna sklejać się i robi się zupełnie bezbąbelkowa. trzeba to jeszcze wymieszać i gotowe.
w tym czasie mięso poleżało sobie w sosie rybnym (miałem tajski), odrobinie sosu sojowego, pieprzu, cukrze… nie mogłem się powstrzymać i dodałem pół superostrej chilli.
jako że nie mam w zwyczaju trzymać się przepisów kurczowo, wrzuciłem jednak mięso na odrobinę bardzo rozgrzanego oleju, obsmażyłem, a potem dopiero zalałem sosem karmelowym. trochę potrzymałem na gazie, żeby sos się zredukował. i jeszcze jedno odstępstwo od przepisu: soliłem dość obficie mięso. sos rybny miałem niezbyt słony, więc było to potrzebne.

i już. pieprzymy jeszcze (pieprz to właśnie ta przyprawa, która nadaje wieprzowinie orientalny charakter), posypujemy szczypiorkiem (pewnie lepiej grubszym, ale nie miałem), podajemy z ryżem…

bardzo, bardzo nam smakowało. słodkie i ostre, można gościom! sos karmelowy można przygotować w tym samym garnku, co główne danie, więc jesli macie kawałek mięsa pod ręką, to pozostaje tylko sprawdzić, czy jest na stanie sos rybny i pomysł na szybki obiad gotowy. bo cukier chyba macie.
frytki z batatów
luty 15, 2009
tydzień temu poczułem się trochę lepiej i wyrwałem się z domu, żeby zrobić jakieś zakupy. zakupy były dość chaotyczne i w ten sposób staliśmy się właścicielami sporej siatki słodkich ziemniaków / batatów / yamów. te nazwy nie są dokładnie wymienne, ale nie będę wdawał się w szczegóły.
kilka dni temu zjedliśmy kilka w formie pysznej zapiekanki z dodatkiem brokułów i curry wg przepisu niezbyt cenionego przeze mnie pascala brodnickiego. w tym przepisie nie wspomniał jednak o obowiązkowym dodatku kostki knora i wyszło to naprawdę dobrze, niestety, tym razem nie sfotografowałem dania.
przepisów na bataty jest w ogóle dość sporo, ale niewiele z nich do mnie przemawia. w wielu stosuje się syrop klonowy, którego nie mam i inne wzmacniacze słodkiego smaku, takie jak miód czy po prostu cukier. ja lubię rzeczy słodkie, ale uważam, że idealną formą jaką coś słodkiego może przybrać jest ponadczasowa forma tabliczki czekolady.
a dziś nabrałem na tyle sił, że sam coś z batatów zrobiłem. a że nabrałem ich niezbyt dużo, zrobiłem z nich frytki.

ziemniaki umyłem, pokroiłem w paski. do torebki foliowej wlałem trochę oleju (w przepisie była oliwa z oliwek, ale ja mam tylko extra vergine i nie jestem przekonany, że to dobry pomysł), dosypałem łagodnej peperoncino, świeżego pieprzu i sporo soli, a także trochę soku z cytryny. dorzuciłem ziemniaki, dobrze wymieszałem. a potem piekłem w piekarniku rozgrzanym do 190 stopni.
i wyszły całkiem, całkiem. smaczniejsze niż zwykłe frytki. przypiekły się trochę, na chrupko. posypałem jeszcze grubą solą, pokropiłem oliwą i zjadłem popijając piwem. można gościom, kiedy wpadną na mecz. albo jako dodatek do potraw.
tofu w indyjskim sosie z czerwonej soczewicy
luty 10, 2009
być może czytając ostatnie przepisy na tym blogu można odnieść wrażenie, że moim głównym zajęciem jest chodzenie po ulicach, walenie w bębenek i nucenie “hare krishna”. nic z tych rzeczy. kuchnie wschodnie lubimy od zawsze, a że jemy mniej mięsa? to takie postanowienie na ten rok. nie z ideologii, bardziej z wyrachowania. pewnie jeszcze będę o tym pisał.

a więc gęste curry z soczewicy. pachnące cynamonem. z cebulką. słodkie, lekko pikantne, sycące. do tego tofu, podsmażone, przyrumienione.

posypaliśmy kolendrą i zjedliśmy na obiad. można gościom: nawet została nam jeszcze solidna porcja. znowu gotowała małżonka, a ja spełniałem się w roli konsumenta i fotografa.
dalej nie mogę się wygrzebać z choroby albo z pochorobowego osłabienia. nie gotuję więc, pozwalam tylko się karmić. a jestem karmiony naprawdę dobrze, nie mogę narzekać.

oddaję głos małżonce w kwestii przepisu:
Jadłam coś takiego pysznego ugotowanego przez Karolinę, która powinna mieć blog kulinarny. Przepis musiałam zmodyfikować, bo trochę nie pamiętałam a komórkę z numerami do wszystkich zgubiłam.
Upiekłam bakłażana w plasterkach skropionego oliwą w piecyku na blaszce.
Usmażyłam pokrojone w plasterki tofu na głębokiej oliwie.
Oddzielnie przygotowałam sos, który miksowałam na wszystkie strony i na wszystkich etapach.Najpierw w młynku do kawy zmełłam łyżeczkę kozieradki i łyżeczkę kolendry. Blenderem zmiksowałam kawałek imbiru trzy ząbki czosnku i jedną cebulę i to wrzuciłam na patelnie, dosypałam też proszek z młynka.
Oddzielnie zblendowałam z łyżką wody 100 g orzeszków nerkowców i papkę przełożyłam do przesmażonych przypraw i powolutku podgrzewałam i dolewałam 3/4 puszki mleka kokosowego. Zdjęłam z ognia i wymieszałam z jogurtem greckim i całość jeszcze raz potraktowałam blenderem.Do sosu dołożyłam upieczone bakłażany i smażone tofu. Marzyły mi się naany maślane do tego, ale nie było czasu, a pita gotowa.

z przykrością stwierdzam, że mam trochę smak przytłumiony antybiotykami (dlatego też popijałem herbatką, a nie czymś bardziej stosownym), ale bez wahania piszę, że można gościom, zwłaszcza wege-gościom.
gulasz na ciemnym piwie
luty 4, 2009

przepis, który chodził za mną, gdy tylko zobaczyłem go na fotoforum galeria potraw.

połączenie gorzkiego portera (użyliśmy portera żywieckiego) i słodkich fig, to musiało być pyszne i było. gotowała moja żona, ja tylko jadłem, niestety, nie do końca pewnie wyczuwając wszystkie subtelności smaku (ciągle biorę antybiotyk). wyszło bardzo dobrze, jedyne, czego można się przyczepić, to figi. użyliśmy fig z torebki, takich „miekkich-suszonych” i chyba nie był to najlepszy wybór, bo trafiliśmy na figi dość mdławe, o cukrowym smaku.

pomijając to, jest świetne danie na zimowy obiad. można gościom, ale raczej zapowiedzianym. gulasz, jak to gulasz, musi się pogotować…