po bardzo udanej wieprzowinie w sosie karmelowym przyszło mi do głowy, że pewnie i krewetki można przyrządzić w podobny sposób. i owszem, nie trzeba było długo szukać, żeby znaleźć przepis na potrawę zwaną tom rim. a że krewetki mieliśmy w zamrażalniku (niestety, gotowane)…

img_9280-s

to, co widzicie powyżej to wietnamski cukier. wietnamski cukier przywieziony z wietnamu był zapewne jedynym 100% oryginalnym składnikiem tej potrawy. na ok 300g krewetek zużyliśmy pół takiej „paczki” i nie było to za dużo.

nie trzymałem się zbyt ściśle przepisu. nie dodałem oleju sezamowego, z którym nie przepadam, niektóre składniki były też trochę inne (zamiast sosu rybnego wietnamskiego ponownie tajski, dodałem też troche mirinu). o ile wieprzowinę robiliśmy prawie „saute” to tym razem dodałem sporo szalotek, czosnku i imbiru. nie zapomniałem o chilli i dużej ilości świeżego pieprzu.

img_9294-s1

wyszło bardzo dobrze, choć zawsze może być lepiej: podstawową kwestią jest wykonanie odpowiedniej ilości odpowiednio gęstego sosu karmelowego. tym razem wyszedł nieco za rzadki, ale udało się go zredukować.

img_9297-s

zjedliśmy z ryżem i niestety bez wina. gdy przyjdą goście, podamy i wino. a na pewno kogoś na danie w sosie karmelowym zaprosimy. choć pewnie do tego czasu zużyjemy cały cukier.

takie szybkie danko: makaron ze szpinakiem.

img_9271-s

miałem szpinak mrożony w całych liściach. po rozmrożeniu go wrzuciłem liście na oliwę, na której wcześniej podsmażyłem czosnek i migdały w płatkach. dodałem trochę masła, posoliłem a na sam koniec dodałem solonej ricotty (kupiliśmy takie cudo w almie, nic specjalnego, ale do szpinaku pasuje jak ulał).

img_9270-s

zjedliśmy z wielkimi, pysznymi świdrami. i dużą ilością świeżo mielonego pieprzu.

na przyszłość dodam więcej masła, żeby było więcej sosu, szpinak wciąga oliwę jak gąbka. i można gościom, niezapowiedzianym.

przepis pochodzi z nieocenionego forum galeria potraw i jest jednym z tych przepisów, które (przynajmniej mi) wpadają w oko od pierwszego wejrzenia.

choć gdy przyjrzałem się mu po raz drugi, wydał mi się lekko dziwny. no bo co: wieprzowina z cukrem? posypać cukrem, a potem zalać sosem z cukru? niby przepis wschodni, a przyprawy gdzie? jest tylko sos rybny. mimo to postanowiłem sprawdzić.

kupiłem kawałek mięsa od szynki (miałem ochotę na karkówkę, ale była bardzo tłusta: podejrzewam jednak, że w oryginale wcale do tych dań nie są wybierane najlepsze kawałki mięsa), brązowy cukier trzcinowy i byłem gotów. najpierw zabawa z sosem karmelowym. długie mieszanie, rozpuszczanie, czekanie aż rondelek wypełni się karmelowymi bąbelkami. wtedy wlewamy trochę gorącej wody i zaczynają dziać się dziwne rzeczy, cała masa zaczyna sklejać się i robi się zupełnie bezbąbelkowa. trzeba to jeszcze wymieszać i gotowe.

w tym czasie mięso poleżało sobie w sosie rybnym (miałem tajski), odrobinie sosu sojowego, pieprzu, cukrze… nie mogłem się powstrzymać i dodałem pół superostrej chilli.

jako że nie mam w zwyczaju trzymać się przepisów kurczowo, wrzuciłem jednak mięso na odrobinę bardzo rozgrzanego oleju, obsmażyłem, a potem dopiero zalałem sosem karmelowym. trochę potrzymałem na gazie, żeby sos się zredukował. i jeszcze jedno odstępstwo od przepisu: soliłem dość obficie mięso. sos rybny miałem niezbyt słony, więc było to potrzebne.

img_9221-s

i już. pieprzymy jeszcze (pieprz to właśnie ta przyprawa, która nadaje wieprzowinie orientalny charakter), posypujemy szczypiorkiem (pewnie lepiej grubszym, ale nie miałem), podajemy z ryżem…

img_9236-s

bardzo, bardzo nam smakowało. słodkie i ostre, można gościom! sos karmelowy można przygotować w tym samym garnku, co główne danie, więc jesli macie kawałek mięsa pod ręką, to pozostaje tylko sprawdzić, czy jest na stanie sos rybny i pomysł na szybki obiad gotowy. bo cukier chyba macie.

frytki z batatów

luty 15, 2009

tydzień temu poczułem się trochę lepiej i wyrwałem się z domu, żeby zrobić jakieś zakupy. zakupy były dość chaotyczne i w ten sposób staliśmy się właścicielami sporej siatki słodkich ziemniaków / batatów / yamów. te nazwy nie są dokładnie wymienne, ale nie będę wdawał się w szczegóły.

kilka dni temu zjedliśmy kilka w formie pysznej zapiekanki z dodatkiem brokułów i curry wg przepisu niezbyt cenionego przeze mnie pascala brodnickiego. w tym przepisie nie wspomniał jednak o obowiązkowym dodatku kostki knora i wyszło to naprawdę dobrze, niestety, tym razem nie sfotografowałem dania.

przepisów na bataty jest w ogóle dość sporo, ale niewiele z nich do mnie przemawia. w wielu stosuje się syrop klonowy, którego nie mam i inne wzmacniacze słodkiego smaku, takie jak miód czy po prostu cukier. ja lubię rzeczy słodkie, ale uważam, że idealną formą jaką coś słodkiego może przybrać jest ponadczasowa forma tabliczki czekolady.

a dziś nabrałem na tyle sił, że sam coś z batatów zrobiłem. a że nabrałem ich niezbyt dużo, zrobiłem z nich frytki.

img_9198-s

ziemniaki umyłem, pokroiłem w paski. do torebki foliowej wlałem trochę oleju (w przepisie była oliwa z oliwek, ale ja mam tylko extra vergine i nie jestem przekonany, że to dobry pomysł), dosypałem łagodnej peperoncino, świeżego pieprzu i sporo soli, a także trochę soku z cytryny. dorzuciłem ziemniaki, dobrze wymieszałem. a potem piekłem w piekarniku rozgrzanym do 190 stopni.

i wyszły całkiem, całkiem. smaczniejsze niż zwykłe frytki. przypiekły się trochę, na chrupko. posypałem jeszcze grubą solą, pokropiłem oliwą i zjadłem popijając piwem. można gościom, kiedy wpadną na mecz. albo jako dodatek do potraw.

być może czytając ostatnie przepisy na tym blogu można odnieść wrażenie, że moim głównym zajęciem jest chodzenie po ulicach, walenie w bębenek i nucenie “hare krishna”. nic z tych rzeczy. kuchnie wschodnie lubimy od zawsze, a że jemy mniej mięsa? to takie postanowienie na ten rok. nie z ideologii, bardziej z wyrachowania. pewnie jeszcze będę o tym pisał.

img_9177-s

a więc gęste curry z soczewicy. pachnące cynamonem. z cebulką. słodkie, lekko pikantne, sycące. do tego tofu, podsmażone, przyrumienione.

img_9185-s

posypaliśmy kolendrą i zjedliśmy na obiad. można gościom: nawet została nam jeszcze solidna porcja. znowu gotowała małżonka, a ja spełniałem się w roli konsumenta i fotografa.

dalej nie mogę się wygrzebać z choroby albo z pochorobowego osłabienia. nie gotuję więc, pozwalam tylko się karmić. a jestem karmiony naprawdę dobrze, nie mogę narzekać.

img_9155-s

oddaję głos małżonce w kwestii przepisu:

Jadłam coś takiego pysznego ugotowanego przez Karolinę, która powinna mieć blog kulinarny. Przepis musiałam zmodyfikować, bo trochę nie pamiętałam a komórkę z numerami do wszystkich zgubiłam.
Upiekłam bakłażana w plasterkach skropionego oliwą w piecyku na blaszce.
Usmażyłam pokrojone w plasterki tofu na głębokiej oliwie.
Oddzielnie przygotowałam sos, który miksowałam na wszystkie strony i na wszystkich etapach.

Najpierw w młynku do kawy zmełłam łyżeczkę kozieradki i łyżeczkę kolendry. Blenderem zmiksowałam kawałek imbiru trzy ząbki czosnku i jedną cebulę i to wrzuciłam na patelnie, dosypałam też proszek z młynka.
Oddzielnie zblendowałam z łyżką wody 100 g orzeszków nerkowców i papkę przełożyłam do przesmażonych przypraw i powolutku podgrzewałam i dolewałam 3/4 puszki mleka kokosowego. Zdjęłam z ognia i wymieszałam z jogurtem greckim i całość jeszcze raz potraktowałam blenderem.

Do sosu dołożyłam upieczone bakłażany i smażone tofu. Marzyły mi się naany maślane do tego, ale nie było czasu, a pita gotowa.

img_9159-s

z przykrością stwierdzam, że mam trochę smak przytłumiony antybiotykami (dlatego też popijałem herbatką, a nie czymś bardziej stosownym), ale bez wahania piszę, że można gościom, zwłaszcza wege-gościom.

img_9131-s

przepis, który chodził za mną, gdy tylko zobaczyłem go na fotoforum galeria potraw.

img_9136-s

połączenie gorzkiego portera (użyliśmy portera żywieckiego) i słodkich fig, to musiało być pyszne i było. gotowała moja żona, ja tylko jadłem, niestety, nie do końca pewnie wyczuwając wszystkie subtelności smaku (ciągle biorę antybiotyk). wyszło bardzo dobrze, jedyne, czego można się przyczepić, to figi. użyliśmy fig z torebki, takich „miekkich-suszonych” i chyba nie był to najlepszy wybór, bo trafiliśmy na figi dość mdławe, o cukrowym smaku.

img_9143-s1

pomijając to, jest świetne danie na zimowy obiad. można gościom, ale raczej zapowiedzianym. gulasz, jak to gulasz, musi się pogotować…