zupa z kartonika

styczeń 30, 2009

to był długi, ciężki tydzień, spędzony z jakąś dziwną infekcją podobną do grypy żołądkowej. szczegółów wam oszczędzę.

w każdym razie jadłem takie wspaniałe rzeczy, jak rozgotowany ryż (posypałem sobie nori przynajmniej) czy czerstwy chleb z masłem (odrobinka peperoncino, dla koloru). a na sam koniec, kiedy już poczułem się lepiej i mogłem coś zjeść, okazało się, że nic nie ma. przy takiej pogodzie jaka jest w tej chwili (smarki z nieba lecą), wolałem się nie ruszać z domu.

ale przychodzi pora obiadowa i zjeść coś trzeba. a tu niby wszystko jest, ale nic nie ma. ryże, makarony, zapasy mleka kokosowego, pomidory w puszce… nic konkretnego (spaghetti aglio e olio jadłem wczoraj). wobec tego postanowiłem zmierzyć się z tą oto zupą z kartonika:

img_9108-s

dlaczego zmierzyć? jak czytelnicy zapewne wiedzą, nie mam większego respektu przed koreańskimi zupami z proszku (zupa raz, zupa dwa). ostatnio jednak trafiają nam się twardsze orzechy do zgryzienia. poprzednia zupka (nie prezentowana na tym blogu) składała się z chrupkiego (pysznego!) makaronu i torebki z proszkiem, który po rozpuszczeniu tworzył bladoszarego, luźnego gluta. skończyło się to tak, że zjadłem sam makaron, na sucho.

tym razem wyzwanie wyglądało tak:

img_9112-s

zawartość opakowania stanowiły zaś: 2 opakowania suchego makaronu (wyglądał jak udon i był to chyba udon, z tych płaskich) i 4 opakowania jakiegoś proszku (identyczne).

nie mam nadal zielonego pojęcia, co się powinno z tym zrobić. wiem tylko, że smak miał mieć coś wspólnego z małżami (nie miał), a sama zawartość kartonika nie jest wszystkim: trzeba dodać ogórek (?), por, marchewkę, czosnek… jak dodać, kiedy, ile wody… (400 cl, ok, ale na ile makaronu), ile tych torebek z proszkiem… to już zupełna koreańska magia.

ale przyciśnięty głodem zaryzykowałem. wlałem trochę wody do garnka, wkroiłem cebulę, grzyby poku, czosnek, imbir, ogórka, pogotowałem. potem wrzuciłem makaron, dosypałem proszku, wymieszałem…

img_9087-s

no i jest zupa. choć płynu w niej jest niewiele.

img_9106-s

a jak smakowało? niespecjalnie. małżowości ani śladu, ogórek za bardzo się rozgotował. choć z drugiej strony, złe to nie było, ale gościom nie można.

można sobie, jak naprawdę niczego nie ma.

zostało mi jeszcze pół paczki, makaron udon się zużyje, a małżowy proszek pewnie wyrzuci. następnym razem kupię coś ze świeżym udonem i bez tych glutowatych proszków. no i przystępniejszą instrukcją obsługi.

szaszłyki po meksykańsku

styczeń 24, 2009

nie dbam jak to brzmi, nie obchodzi mnie, czy w meksyku jedzą szaszłyki… „można gościom” padło po paru kęsach dzisiejszego obiadu.

najpierw muszę zdradzić sekret: czasami jesteśmy bombardowani mięsem dość niewiadomego pochodzenia. do naszego zamrażalnika trafiają kawałki cielęciny, polędwicy wołowej o tajemniczym rodowodzie i podejrzanie niskiej cenie. takie „prosto od chłopa”. bez akcyzy. spod lady. z trzeciego obiegu.

dlatego, gdy nasza córka w trakcie dzisiejszego obiadu rzuciła słodko: „a wyobraźcie sobie… że jesteśmy.. PADLINOŻERCAMI”, trochę zamarłem. a potem pomyślałem, że powinna oglądać więcej kuchnia.tv. a mniej animal planet.

ale do rzeczy. otóż mięso to, po mrożeniu (mam na myśli konkretnie polędwicę) średnio nadaje się na befsztyki. postanowiliśmy upiec szaszłyki. i wpadłem na pomysł, żeby zrobić marynatę z papryki chipotle, którą uwielbiam. a więc dwie takie papryki, o wspaniałym aromacie wędzonki, rozmiksowała moja żona (bo jej zlecam zadania wymagające użycia sprzętu kuchennego nowej generacji) z odrobiną oliwy, trzema ząbkami czosnku i sporą ilością kuminu kminu rzymskiego. po czym dodałem do tego troszeczkę gęstego sosu sojowego, sosu worce… worces… worcestershire (a może wy to piszecie bez zająknięcia, co?) parę kropli aceto balsamico i pół łyżeczki cukru. w tym wykąpałem pokrojoną w kawałki polędwicę.

img_9061-s

a potem to już prosto. mięsko – boczek – szalotka – papryczka – mięsko – boczek – szalotka… i do pieca!

img_9068-s

co tu dużo mówić. można mówić, ale nie da się opisać. no to kolejna fotka, proszę:

img_9076-s

i jeszcze jedna, czemu nie

img_9083-s

wkleiłem już 4 fotki i widzę, że też nie przekazują smaku. musicie po prostu spróbować!

jedliśmy z sałatą, pseudopomidorami i nachosami z torebki. popijaliśmy argentyńskim syrah, które było bardzo apropos. żałowaliśmy, że nie zaprosiliśmy gości. i że guacamole z wczoraj dziś wyglądało mało apetycznie i zostało wyrzucone. a poza tym, nie żałowaliśmy niczego.

miska smarków shreka

styczeń 23, 2009

dziś guacamole w miseczce.

img_9039-s

robiliśmy według tego samego przepisu, co kiedyś, ale dla odmiany zjedliśmy z nachosami. i bez piwa, bo nie mieliśmy zimnego.

img_9046-s

nieźle się namęczyłem ustawiając „statyw” z krzeseł, żeby zrobić te fotki, a i tak średnio wyszło. ciemno. szlag.

na obiad zaś znowu był dorsz. ale nie można gościom.

img_9024-s

kombinowałem, smarowałem chili i różnymi tajskimi sosami, potem smażyłem i dusiłem w mleczku kokosowym… ale dorsz ma trochę zbyt wyraźny smak, zeby pasował do tego typu kuchi. no, ale gości nie mieliśmy, a sami zjedliśmy z pewną (choć nie przesadną) przyjemnością. popijając resztką wina z biedronki.

tortilla konkwistadora

styczeń 22, 2009

jak wiadomo tortille są zasadniczo dwie. i niby mogą się ze soba po hiszpańsku porozumieć, ale nie mają poza tym wiele wspólnego. pierwsza z nich, to tortilla kukurydziana i o niej nie będę tu wspominał. druga to tortilla ziemniaczana.

to danie, które można przygotować zawsze. nawet jeśli nie spodziewamy się hiszpańskiej inkwizycji, możemy obrać kilka ziemniaków, usmażyć powoli na oliwie, rozbełtać z jajkiem, wrzucić na patelnie ponownie i podawać, licząc na łagodniejszy wyrok.

img_9010-s

podstawowy przepis na tortillę znajdziecie na blogu lisiczki (zachęcam do używania wyszukiwarki przepisów foodle, która mi właśnie w tym pomogła). postanowiłem jednak wybrać się z konkwistą na tereny meksyku i do mojej tortilli dorzuciłem też trochę czosnku, kuminu, papryki i łyżeczkę marynowanych jalapenos. a także dwa plasterki chorizio, które w wyniku jakiegoś zbiegu okoliczności akurat miałem pod ręką.

i jaki wyrok?

img_9011-s

no niestety, obawiam się najgorszego. składniki ok. ale przewrócić tortilli na drugą stronę, tak, by pozostała nienaruszona… no cóż, nie udało się. zręczności mi natura poskąpiła najwyraźniej.

chyba powinienem wprowadzić na tym blogu kategorię: można gościom, ale następnym razem. następnym razem, gdy wpadnie do mnie hiszpańska inkwizycja, ziemniaki pokroję drobniej. dodam więcej soli. więcej przypraw, bo były słabo wyczuwalne. usmażę w płytszej oliwie (już na etapie drugiego smażenia).

może się uda.

jagnięcina

leżała u nas ta jagnięcina i leżała. w zamrażalniku oczywiście. w końcu nadszedł jej czas. koncepcje były różne: na początku myśleliśmy o rozmaitych indyjskich przepisach (z kolendrą, kozieradką itd). ale po rozmrożeniu okazało się, że jak to w przypadku jagnięciny bywa, mięsa nie ma na niej zbyt dużo, więc pomyśleliśmy, że najlepiej upiec ją w kawałkach.

jagnięcina

nie mogę powiedzieć, bym się bardzo przyłożył do przygotowania tego dania. w związku z tym oddam głos mojej żonie:

Ras el hanut to moja ulubiona przyprawa używana do dań kuchni marokańskiej. Posypałam solą i ras el hanut żeberka jagnięce i pozwoliłam im poleżeć, pokroiłam czosnek (dwa ząbki), cebulę (sztuk raz) i imbir (kawałek wielkości czosnkowego ząbka) dość drobno, dorzuciłam do marnowanego mięsa, plus jeszcze posiekane natki pietruszki i kolendry (po dużej łyżce) i przesmażyłam razem posypując wszystko raz jeszcze marokańską przyprawą i dodając dwie duże suszone śliwki (z takich mięciutkich nieprzesuszonych).

Przesmażone przełożyłam do naczynia żaroodpornego, podlałam szklanką rosołu  i dusiłam w piekarniku przez godzinę pod przykryciem

Później już bez sosu (patrz niżej) zgrilowałam porządnie.

Sos w tym czasie odparowałam z łyżeczką cukru palmowego utłuczonego w moździerzu. M. dolał do sosu trochę wytrawnego Tokaju Szamorodnego.

Podawaliśmy z pieczonymi ziemniaczkami i pieczonym bakłażanem doprawionym ciemnym sojowcem, czosnkiem, imbirem i pietruszką. Sos na żeberkach posypany uprażonymi płatkami migdałowymi.

img_8978-s

tak, mój jedyny wkład w to danie to dolanie wytrawnego tokaju. wytrawny szamorodny to dość dziwne wino. wczoraj piliśmy je wieczorem najpierw z dość skrzywionymi twarzami, a potem już bez bólu, wręcz z przyjemnością. nie wiem, jakie są zasady podawania, ale nam smakował niezbyt zimny. no i traf chciał, że mieliśmy go pod ręką gdy robiliśmy ten sos. pasował po prostu idealnie.

img_9001-s

mam nadzieję, że zdjęcia przekażą smak naszego obiadu, bo nie bardzo znajduję słowa. zwłaszcza sos wyszedł niesamowicie. pewnie można podać z ryżem, może lepiej by smakowało z kuskusem, ale i ziemniaki były tu nie od rzeczy.

popijaliśmy prostym słoweńskim cabernetem.

danie można by podać na uroczysty obiad, jest jednak jeden problem: jak się okazało w trakcie jedzenia, mięsa na kostkach było mniej więcej tyle, że najadłaby się nim jedna osoba. i to bez szaleństw.

zimna soba zdrowia doda

styczeń 17, 2009

to drugie nasze podejście do makaronu soba na zimno. klasyczne japońskie danie o nazwie zaru soba: na ile nasza wersja je przypomina, nie mam zielonego pojęcia. makaron na zimno nie jest moim ulubionym daniem. nie przepadam na przykład za makaronowymi sałatkami. ale soba stanowi wyjątek.

zaru soba

jak przygotować zaru soba? sam makaron gotujemy 5 minut, a następnie myjemy pod zimną wodą i odsączamy, żeby nią nie ociekał.

drugi składnik, to sos: soba tsuyu. w 1 części mirinu rozpuszczamy 1 część cukru, robimy to rondelku, podgrzewając i doprowadzając mirin do wrzenia. do tego dodajemy 3-4 części japońskiego sosu sojowego, ja dodałem też kilka kropel japońskiego octu. to nie koniec. robimy dashi (ja miałem granulat) i mieszamy z sosem, który zrobiliśmy (3 x więcej dashi niż sosu). całość chłodzimy. sami tego, jak się domyślacie, nie wymyśliliśmy.

gdy wszystko się schłodzi, podajemy. makaron posypujemy lekko prażonym ziarnem sezamu (my dodaliśmy też całkiem prażonego czarnego sezamu). dodajemy ogórek, szczypiorek (powinna być dymka), algi nori uprzednio podprażone, pokrajane w paski. posypujemy, opcjonalnie, nanami togarashi, jeśli mamy .jeśli nie mamy, a chcemy pikantnej soby, możemy posypać po prostu chilli.

zaru soba

no i już. nalewamy piwa w szklanki, nabieramy makaronu na widelec – nie osiągnęliśmy bowiem 1 dan w jedzeniu pałeczkami – i wsuwamy sobę maczając w miseczce z sosem i zagryzając marynowanym imbirem. można też domieszać odrobinę wasabi do soby, zwłaszcza, jesli nie dodaliśmy nic ostrego.

można gościom, ale pewnie nie jest to najlepszy pomysł na dzień babci. no, chyba, że babcia urodziła się w osace.

i teraz niesamowita koincydencja: przed chwilą, zupełnie przypadkiem (nie szukałem), znalazłem świetny blog o kuchni japońskiej!

jakieś 50% tego, co gotujemy na codzień stanowią makarony. tym razem skusił nas świeży szpinak i przepisy z forum. niestety, orzeszki piniowe nie wchodzą w skład stałego wyposażenia naszej kuchni, trzeba było więc przepis nieco zmodyfikować.

parpadelle ze szpinakiem

wiadomo, że szpinak dobrze się czuje w towarzystwie trzech przyjaciół: czosnku, masła i chrupiącego bekonu. bekon byłby tu pewną przesadą, użyłem więc kiełbasy, która nazywa się zarówno „parmeńska” jak i „polska suszona”, co zawsze mnie bawi. bardziej pasowała by kiełbasa „bolońska”, która jest pikantniejsza i bardziej paprykowa, ale mieliśmy tylko parmeńską. a więc w rondelek nalałem odrobinkę oleju i tam wrzuciłem trochę dość drobno pokrojonej kiełbasy. smażyłem ją dobre 25 minut, posypawszy peperoncino.

w miedzyczasie gotowałem makaron (pappardelle jajeczne mederitanea), a na dużej patelni przygotowałem sos: na maśle podsmażyłem czosnek (który musiałem niestety ewakuować, gdyż za bardzo się przymażył), do tego dorzuciłem kilka suszonych pomidorów i peperoncino. na koniec pół paczki szpinaku, na krótko. szpinak nie potrzebuje zbyt wiele czasu, poza tym ma tendencję do znikania na patelni. jeśli wydaje się wam, że wystarczy, to dołóżcie jeszcze drugie tyle i będzie ok.

jak już wszystko jest gotowe, odsączamy kiełbasę. ten tłuszczyk, który się z niej wytapia, nie jest specjalnie smaczny. dlatego na sitko i do zlewu. można nawet pomóc sobie papierowym ręcznikiem, żeby go trochę więcej zebrać.

parpadelle ze szpinakiem

makaron na talerz, dodajemy szpinaku, posypujemy parmezanem i chrupiącą kiełbaską. danie nie jest takie ciężkie, na jakie wygląda (na zdjęciach kiełbasa ma duże parcie na szkło, ale w rzeczywistości nie dominowała). nie zapomnijcie o świeżo mielonym pieprzu. można też polać trochę oliwą lub dołożyć dodatkowo masła. no i pewnie przydałoby się spłukać to jakimś domowym winem. niestety, dziś nas to ominęło: w końcu to lunch w dzień pracy.

można gościom. jeśli nie jedzą miesa… grzanki zamiast kiełbasy? brzmi całkiem ok.

łososiowy, miodowy, sezamowy

styczeń 11, 2009

przepis na łososia pochodzi z fotoforum gazetowego (oraz podobno z jakiejś biblii)

łosoś pieczony

to bardzo możliwe, że jest z jakiejś biblii. bo jest boski. my jedliśmy go niestety bez tajskiej mizerii (zima zaskoczyła ogórkowców!), z makaronem z fasoli mung.

img_8881-s

naszej córce nie posypaliśmy makaronu czarnym sezamem. a sobie i owszem, posypaliśmy. czemu nie. jak szaleć to szaleć.

łosoś pieczony

naszej córce poskąpiliśmy też wina.

salento

a było to najlepsze wino do łososia jakie piłem w życiu! usprawiedliwiają tą śmiałą tezę cztery fakty: a) że nadal jestem pod jego wpływem, b) że nie piłem zbyt wielu win, c) że nie jadam często łososia, d) że nie jestem bardzo stary. ten ostatni usprawiedliwia w najmniejszym stopniu, ale niech będzie. wino do kupienia w pretensjonalnym sklepie z bezpretensjonalnymi winami: salute.

potem jeszcze podwójne espresso, marcepanik i…. jestem w raju, przyjmuje w nim gości, serwuję popcorn, wpadajcie na meczyk!

czy kanapkę z twarożkiem można gościom? czy w ogóle można ją fotografować i pchać na afisz, skoro jej wygląd nie jest specjalnie porywający?

moja córka zaproponowała rozwiązanie następujące tego drugiego problemu: „skoro jest taka pyszna, to szybko zniknie. sfotografujesz pusty talerz, będzie wiadomo, że była taka dobra”. postanowiłem jednak skromnej kanapce z twarożkiem dać szansę zaistnienia w cyberprzestrzeni.

kanapka z twarożkiem

najpierw grillujemy paprykę. potem blendujemy serek (piątnica tłusty) z tą właśnie papryką i jednym ząbkiem czosnku. do tego dolewamy oliwę z pieczenia papryki. sól, peperoncino i gotowe. najważniejsze jest niedodawanie śmietany, czy jogurtu, który zastępuje właśnie oliwa z pieczenia. można podawać z różnym pieczywem, ale my zjedliśmy ze słodkawym, ciemnym litewskim chlebem na tataraku. pasował idealnie.

poprzedni akapit to właściwie cytat z mojej żony, ja nie przyłożyłem ręki do powstania dzisiejszej kolacji.

można gościom? myślę, że można. ale wcale się nie martwiłem, że dziś nikogo nie zaprosiliśmy. dzięki temu zostało na jutro.

ps. istnieje też odmiana, w której paprykę grillujemy nie w piekarniku, ale na grillu. jest upalny letni dzień, siedzimy na tarasie, papryczki się opiekają… tej wersji, przez wzgląd na pogodę, wam oszczędzę.

ta niespodzianka to oczywiście tatsoi. kupiłem to w carrefour express jako roszponkę. powiem więcej: zjadłem również jako roszponkę.

img_8865-s1

ale, że na opakowaniu było napisane „tatsoi” to wrzuciłem to słowo w google’a, spodziewając się, że to chińskie określenie roszponki (choć drugi napis głosił „made in italy”) albo coś w tym rodzaju. otóż nie. tatsoi to zupełnie co innego, choć roszponkę do złudzenia przypomina w młodości.

img_8870-s-2

moja żona przygotowała sałatkę, więc jej dokładny skład pozostanie tajemnicą. zidentyfikowałem grilowaną paprykę, orzechy włoskie, parmezan, oliwę i sok z cytryny. chrupiące pszenne tortille podgrzane w piecyku zastąpiły deficytowy towar jakim zazwyczaj jest w niedzielne wieczory pieczywo.

tatsoi. kto by pomyślał? można gościom. przynajmniej nazwa ich zdziwi.