w poświąteczną sobotę, zupełnie niespodziewanie, zjedliśmy doskonały obiad. ogólnie rzecz biorąc, obiad poświąteczny jest chyba trudniejszy do wymyślenia niż świąteczny. po pierwsze, zostają różne rzeczy, które trzeba zjeść, żeby się nie zmarnowały (nam zostały dwie okazałe cykorie). po drugie, choć teoretycznie można iść do sklepu i coś dokupić, to żeby uniknąć stratowania, lepiej tego nie robić. po trzecie nasza córka zaczęła się domagać “spaghetti” czyli powrotu do ulubionych dań dnia powszedniego. no i po czwarte i chyba najważniejsze: po świętach nie chce się jeść.

zupełnie skołowany, pomyślałem sobie “use foodle luck!”, wpisałem makaron cykoria i bez większych nadziei na znalezienie czegoś interesującego wcisnąłem “znajdź przepis!”. i faktycznie, wyszukać się udało tylko jeden przepis.

img_8594

który okazał się przepyszny (ku naszemu zdziwieniu). wprawdzie danie to wymaga trochę żonglowania patelniami, ale było warto. orzechów włoskich nie mieliśmy, zastąpiliśmy nerkowcami i laskowymi, natki pietruszki też zabrakło, nie zmienia to jednak faktu, że najlepszy świąteczny obiad zjedliśmy po świętach i były to “zwykłe” kluski z cykorią. można gościom, może nie na eleganckie przyjęcie, ale gdy zimą wpadną znienacka.

jak pisałem poniżej, sushi niezbyt się nam udało. zostało nam jednak całkiem sporo ryby kisu (to jest coś dorszopodobnego, niektórzy tłumaczą, że to witlinek, ale to chyba nie witlinek, bo kisu występuje w pacyfiku, a witlinek nie) oraz kilka krewetek. co z tym zrobić? jest limonka? jest. to robimy ceviche.

ceviche pierwszy raz jadłem dawno, dawno temu w el popo, potem chyba próbowaliśmy powtórzyć, ale bez większego powodzenia. tym razem udało się wyśmienicie, właśnie je spałaszowaliśmy z pumperniklem.

img_8576

na pewno lepiej smakowałoby z avocado, jako składnik sałatki, tak się jednak składa, że są święta i nie bardzo mieliśmy możliwość dokupić cokolwiek.

ceviche to “surowa” ryba marynowana w soku z cytrusów (najlepsze są limonki). surowa w cudzysłowie: sok ścina wszystkie białka i ryba jest jak ugotowana, nie jest więc bardziej surowa niż śledź w occie. nasze ceviche pewnie było mało klasyczne, bo robiliśmy je z tego, co było pod ręką. do sosu poszła jedna limonka (mało soczysta), pół mandarynki (bardzo soczystej) i pół cytryny. do tego wkroiliśmy jeden ząbek czosnku, jedną szalotkę, łyżeczkę papryki jalapenio, dodaliśmy trochę oliwy z oliwek. przyprawiliśmy dość obficie morską solą, kolendrą (nie mieliśmy liści kolendry niestety) i ozdobiliśmy papryką. marynowało się dobę: próbowaliśmy wczoraj po kilku godzinach i jeszcze było za wcześnie: choć ryba była pokrojona dość drobno, jak to na sushi, to miała ona dość zwarte mięso. dziś ceviche dojrzało i było fantastyczne. można gościom, na przykład… na wigilię ;-)

sushi fail

grudzień 26, 2008

sushi miało być atrakcją pierwszego dnia świąt. po poprzednim, bardzo udanym, zostało nam prawie pół paczki krewetek, dokupiliśmy też mrożoną rybę kisu. wyglądało to wszystko ładnie.

img_8551

niestety zaliczyliśmy porażkę: ryż nie ugotował się tak, jak powinien. daliśmy chyba za mało wody (choć w przepisach jest podawana bardzo różna ilość, od 1.2x więcej niż ryżu do ponad 2x więcej). czyli jeszcze nie można gościom: musimy dojść do wprawy i dokładniej notować przepisy na blogu.

ryż był za twardy, nie kleił się tak jak powinien. oczywiście ryż to ryż i sushi dało się zjeść, maki były nawet niezłe, ale nie bawiliśmy się tak dobrze jak poprzednio. ponieważ zarówno ryby jak i krewetek nam trochę zostało wykonaliśmy brawurową akcję ratunkową… szczegóły w następnym wpisie.

obiad w wigilię to zawsze jest problem. po pierwsze nie ma na jego przygotowanie czasu, po drugie nie powinien być zbyt obfity, bo przecież trzeba zrobić miejsce na 12 dań wigilijnych i hamburgery z mc drive w drodze powrotnej z pasterki*. w takiej sytuacji sięgamy po torebkę. torebki zakupiliśmy w sklepie przy restauracji akasaka, jedna z nie ma żadnego napisu w alfabecie łacińskiem, poza informacją, że jest to zupa z małży. druga miała przepis po angielsku i zawierała w środku taki oto makaron:img_8526

oraz 3 dodatkowe sub-torebki. jedna z nich to sos chilli zmieszany z sosem sojowym, druga to wodorosty nori i ziarna sezamu, zaś trzecia, najmniejsza, to olej sezamowy.

potem poszło już bardzo szybko. makaron wrzucamy do wody na zaledwie pół minuty, potem “myjemy go” pod zimną wodą (to nie jest danie na ciepło), wrzucamy do miseczki, polewamy/posypujemy zawartością torebek (dodaliśmy jeszcze kilka plasterków ogórka) i wsuwamy, siorbiąc.

img_8541

pyszne, ostre i tak inne od wszystkiego, co jada się u nas, że aż wywołuje skutek, na który najbardziej liczyliśmy: tęsknotę za polską tradycyjną kuchnią.

niezapomnianych wrażeń świątecznych!

*) żartowałem**

**) wiadomo, że burger king jest lepszy

dania z miekkich pszennych tortilli to w naszym domu jedne z popularniejszych dań “ratunkowych”. zazwyczaj mieliśmy po prostu puszkę czerwonej fasoli w szafce, gdy nie było akurat tortilli czy innych wrapów pod ręką, jedliśmy fasolę z chlebem lub cienko pokrojonymi odsmażanymi ziemniaczkami. i piwem.

ostatnio jednak pojawiły się w sklepach frijoles refritos (w dwóch odmianach) i już nie kupujemy czerwonej fasoli. wcześniej przesmażone na słoninie czy smalcu, lekko przyprawione pasty z fasoli są nie gorsze od zrobionych samodzielnie. dziś byliśmy już o krok od wycieczki do restauracji, ale nagle przypomnieliśmy sobie o fasoli. pobiegłem do sklepu po wrapy, a potem…

najpierw rozgrzałem w patelni z grubym dnem odrobinę oleju. dodałem trochę drobno pokrojonego wędzonego boczku (naprawdę niedużo, chodzi głównie o aromat). dorzuciłem 3 ząbki czosnku w plasterkach. łyżeczkę kuminu! kumin jest tu bardzo ważny, nadaje specyficzny meksykański aromat. łyżkę słodkiego przecieru pomidorowego. trochę morskiej soli. oregano. świeżo startą gałkę muszktołową. i najważniejszy składnik: paprykę chipotle – moją ulubioną “wędzoną” paprykę. i dopiero do tego dodajemy pastę z fasoli, podgrzewamy powoli.

w międzyczasie żona z pomocą córki miksowała guacamole. do guacamole też dodała kminu rzymskiego i papryki, ale tu lepiej sprawdza się jalapeno.

a potem to już tylko wrapy na suchą patelnie, podgrzewamy, mogą się nawet leciutko przyrumienić, nakładamy pastę

img_8509

składamy na pół, na ćwierć, zwijamy – my wybraliśmy pierwszą opcję i serwujemy. z guacamole i piwem.

img_8522

można gościom, jeśli wpadli z nienacka. albo z meksyku.

ma to danie tylko taką wadę, że w wersji “z patelni” wymaga ciągłego biegania, podgrzewania tortilli, zawijania i podawania. można również robić je w piekarniku, wtedy jest wygodniej.

niespecjalnie gotujemy, aczkolwiek dziś były szaszłyki z sosem satay. wyglądały dość apetycznie, ale sos był “kupny”. i nie można gościom. trzeba zrobić samemu.

w tygodniu była jeszcze kaczka, ale uciekła sprzed obiektywu. popijaliśmy carefourowym saint-emillion, te wina “sieciowe” mają naprawdę niezły stosunek ceny do jakości.

na zakończenie dodam tylko, że kupiłem domenę gastroseksualni.pl i nie mam pomysłu, co z nią zrobić. jakieś pomysły?

nie będzie fotek tadżinu. został zaniesiony do teściów na skromną urodzinową kolację (jakieś 20 przystawek, 2 dania na ciepło, tort, 5 osób) i zjedzony. to był tym razem tadżin z baraniny, z marchewkami, cebulami, figami, jabłkami, rodzynkami i cytrynami, posypany ras el hanout obficie. ech, co będę wam opowiadał. dwie butelki wina halana poszły (“młodzi to pewnie wina się napiją”), córka nas prowadziła do domu, bo byśmy sami nie trafili.

na otarcie łez curry z sambalem.

img_8446

to takie dość codzienne danie. wieprzowina z szynki, obtoczona w sambalu oeleku (nie wiem, jak to się odmienia), smażona krótko ale intensywnie. i potem w mleko kokosowe z sosem rybnym i nieodłącznym towarzyszem sambala: kecapem manisem. trzy listki limonki kaffir, trochę soku ze zwykłej limonki, dobry tajski ryż i mamy obiad w 20 minut. oraz na jutro.

wbrew pozorom bardzo rzadko mamy czas na gotowanie.

nie dla psa biała kiełbasa

grudzień 6, 2008

obojętnie jaka psa rasa. a wiecie, że ten blog miał się nazywać foodelek.pl? ale się nie nazywa.
img_8444

biała kiełbasa to danie ratunkowe. żebyście nie myśleli, żeśmy całkiem spsieli: w piekarniku właśnie się piecze tadżin z jagnięciny. piecze się długo, a coś jeść trzeba. biała kiełbasa* jest jak znalazł. najpierw w piekarniku rozgrzanym trochę, potem grill od góry, “piwko jasne zimne piwo jasne pełne” i jedziemy. jeszcze dobry chleb, musztarda, ketchup, czy konfitura z cebuli i jesteśmy uratowani.

przy okazji: wydziergałem wczoraj wyszukiwarkę przepisów kulinarnych, o wdzięcznej nazwie foodle.pl. skoro wpis obraca się w sferze kynologicznej: foodle to takie pieski, mieszańce pudla i foksteriera. zapraszam do korzystania, zgłaszania uwag i stron.

* biała kiełbasa nie może być zbyt tania. nie wiem, nie chcę wiedzieć, co jest w kiełbasie po 5 zł za kilogram. nie mam psa, nie kupuję.