dorsz, azjatycki kundelek
listopad 30, 2008
dorsza w oceanie indyjskim nie uświadczysz, ale za to jest w championie i wszystkich innych sklepach. dziś wystąpił razem z szalotkami w sosie ze śmietanki kokosowej, sosu rybnego, octu ryżowego, imbiru, czosnku i kecap manis, ba, dodałem nawet resztkę pasty tomyum z dna słoika. pewnie żadne z azjatyckich państw by się do tej portrawy nie przyznało, ale jakie ma to znaczenie, skoro wszyscy wzięliśmy dokładkę? można gościom, choć z lepszym winem niż kalifornijskie chardonay “king of fish”, które poza kontekstową nazwą i ładną etykietką, nie ma innych szczególnych zalet.
kurczak masłowsko-pomidorowski aka murgh makhani
listopad 23, 2008
a wiecie czego się nie kupi w leklerku (przez zapomnienie), jak się chce kupić wszystkie składniki do kurczaka w sosie maślanym po indyjsku? zgadliście, kurczaka. od dziś przechodzimy na kuchnię niskocholesterolową.
ok. wracając do korzeni (których notabene dodaje się całe mnóstwo). nie wiem dokładnie, co nas podkusiło. jadłem ze dwa razy murgh makhani w restauracjach i dopóki nie spróbowałem na tzw. krzywy ryj od kogoś tej potrawy w dzikim ryżu, wydawało mi się, że jest to jedno z najmniej interesujących dań kuchni indyjskiej. ot, taki odpowiednik “dewolaja”. jak ktoś nie lubi ostrego, to można mu zawsze w masełku kurczaczka podać, a żeby nie było takie blade to przecierem pomidorowym się zaciągnie i będzie gites. tymczasem w dzikim ryżu spróbowałem, zastrzygłem uszami i poczułem, że tak, koniecznie, na pewno, można gościom i kiedy tylko nadarzy się okazja.
zacząłem szukać przepisu. było to i łatwe i trudne. przepisów znaleźliśmy mnóstwo. o ile nie różniły się jakoś zasadniczo składnikami (wszystkie zawierały kurczaka, o czym zapomnieliśmy w leklerku), to w niektórych wyczuwaliśmy tendencję do pójścia na skróty. a jadłem już przeciętnego kurczaka w sosie maślanym i wiem, jak przeciętnie potrafi smakować. w końcu trafiliśmy na How To Make Murgh Makhni/
i poczuliśmy: to jest to. skomplikowane, wieloetapowe, złożone: albo będzie bardzo dobre albo przynajmniej powiemy, że się bardzo staraliśmy.
najpierw kurczaka się marynuje w sosie jogurtowym z przyprawami i piecze w piecyku. i można by go właściwie podać jako tandoori bosch chicken. tymczasem nie jesteśmy nawet w połowie drogi.
następny etap to sos pomidorowy z cebulą i czosnkiem. cynamon, goździki, liście laurowe, kardamon, chilli, imbir sprawiają, że nie powoduje on reakcji odruchowej (“woda, sól, makaron, odcedzić, podać z parmezanem”), ale kierują go w zupełnie inne przestrzenie. bardziej na południe i dużo bardziej na wschód. potem te 3 pierwsze składniki pracowicie wyławia się – co jest też fajną zabawą w “szukaj goździka w stosie pomidorów”, a sos blenduje się na gładko. i jesteśmy w połowie zabawy
bo to nie koniec, bynajmniej. kolejny etap to łączenie tego sosu z wcześniej przygotowaną puszystą papką z orzechów cashew (nerkowce brzmią dużo gorzej, ale smakują dokładnie tak samo, kupujcie nerkowce). do tego zmielona kozieradka, mieliśmy nasiona, nie liście, kumin… i kurczak?
nie tak od razu. hardcorowa wersja przepisu wymaga, żeby upieczonego kurczaka jeszcze usmażyć na maśle z orzechami cashew/nerkowcami. dopiero potem łączy się to wszystko, dodaje masła, od którego potrawa wcale nie wzięła nazwy – maślaność polega raczej na konsystencji sosu, a nie smaku.
i to już koniec? no nie do końca, jeszcze trochę jogurtu. i kilka zwiędłych w naszym przypadku listków kolendry. i już. już. już.
a jak wyszło? fantastycznie. zdaję sobie sprawę, że zdjęcia akurat tej potrawy nie oddadzą jej smaku. i być może lista składników nie przywołuje od razu jakiegoś konkretnego wrażenia. ale była to jedna z najlepszych rzeczy, którą kiedykolwiek ugotowaliśmy.
co do murgh makhani? pozostańmy w klimatach maślanych i zróbmy maślane naany. pasują znacznie lepiej niż ryż. naany robi się trochę jak pizzę, tylko ciasto trzeba zrobić znacznie rzadsze. a potem maksymalnie rozgrzać piekarnik, przełączyć na grill i wrzucać przeźroczyste placki, jak najcieńsze, pod sam grill na rozgrzaną blachę. zrobienie jednego naana trwa poniżej minuty i wymaga sporo żonglowania nad gorącym piekarnikiem, ale warto!
naany smaruje się masłem zaraz po wyjęciu z piekarnika. wiadomo, że nie smakują one dokładnie tak, jak robione w restauracji, ale do murgh makhani pasują jak ulał.
serek leklerek
listopad 23, 2008
zaczniemy od przystawek (bo jeszcze będzie danie główne). najpierw: wirtualna zupa z dyni. otóż wirtualną zupę z dyni robi się tak: jedzie się do leklerka i widzi się się dynię, która nie przypomina dyni, bo jest zielona i płaska. potem robi się z niej zupę i już na wczesnym etapie stwierdza się, że zupa jest niesmaczna i że trzeba było jednak kupić normalną, pomarańczową dynię. ale że jest za późno, wylewa się zupę, spuszcza wodę i to jest wirtualna zupa z dyni.
w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak tylko sięgnąć po backup. całe szczęście, że mieliśmy zakupione w tymże leklerku dwa serki pleśniowe, których nazwy już nie pomnę, gotowe do zapieczenia. oraz butelkę pinot gris, ze świeżej dostawy. mam jakieś przekonanie, że wina alzackie, nawet jeśli francuskie, mają rys niemieckiej solidności i nawet jeśli nie są wybitne, nie rozczarowują.
serki posypaliśmy papryką, zapiekliśmy (gliniane naczynka były w komplecie, bardzo praktyczne) i podaliśmy do sałaty, polanej vinegret z dodatkiem miodu, rodzynków i octu balsamicznego.
w ten właśnie sposób wybrnęliśmy z kłopotów na jakie naraził nas zakup zielonej dyni.
kurczak bosch aka tandoori chicken
listopad 22, 2008
mimo, że piekarnik boscha nie ma wiele wspólnego z piecem tandoori, można w nim upiec smacznego kurczaka. i jak się okazało, odgrzewany też smakuje całkiem, całkiem, jeśli pokropi się go trochę cytryną, żeby zaostrzyć smak i żeby nie wysechł. przepisu nie podaję, bo nie ja go gotowałem. powiem tylko, że korzystaliśmy z gotowej przyprawy i że właśnie nam się skończyła: to uwaga do gości, którzy od kiedy założyłem tego bloga, są dużo bardziej skłonni do odwiedzin
jutro kontynuujemy kierunek indyjsko-kurczakowy.
ps. sklep masala wygląda interesująco, ale tylko od strony internetowej. wersja “brick and mortar” nie oferuje wiele większego wyboru niż dział “kuchnie świata” w hipermarkecie. to dla tych, którzy wybierają się tam po przyprawę tandoori chicken. a jeśli chcecie w warszawie spożyć kurczaka tandoori w wersji bardziej przypominającej oryginalną, to polecam dziki ryż na puławskiej. najlepszy jakiego jadłem.
gado-gado i okolice
listopad 11, 2008
gado-gado śmiesznie się nazywa i głównie dlatego je zrobiliśmy. gotowy sos z orzeszków kupiłem w berlinie, wystarczyło rozmieszać z gorącą wodą. pozostałe składniki to już trochę więcej zabawy: tofu i ogórka się tylko kroi, ziemniaki gotuje, marchewkę i fasolkę blanszuje (a potem moczy w wodzie z lodem, żeby były chrupiące), a kiełki z fasolki mung podaje takie jak są, po usunięciu korzonków i fasolek. jeszcze są jaja na twardo. wszystko to polewa się aromatycznym, lekko pikantnym sosem orzechowym, posypuje orzechami arachidowymi, a my obłożyliśmy jeszcze prażynkami krewetkowymi. nieco pracochłonne, ale warto, choć gdybyśmy musieli samodzielnie przyrządzać jeszcze sos, pewnie wspominalibyśmy je jako “można gościom, ale może raczej nie wcześniej niż za rok”. a tak, to pewnie powtórzymy gado-gado przy innej okazji. o ile kupimy gotowy sos.
a teraz wspominany już wcześniej rendang. dobrze wyszedł. nawet bardzo dobrze, choć była to wersja light (półtorej chilli na ponad kilogram mięsa, za to z pestkami). rendang rządzi. to na wierzchu to kolendra, nie pietruszka. tych, dla których to oczywiste, przepraszam, jeszcze wczoraj sam nie odróżniałem.
do dań głównych wino torrontes od dwóch producentów, dobrze zrównoważone xama che i tańsze, nieco słodsze, ale również bardzo dobre montecepas (kupione w tym samym sklepie). plus jakieś australijskie, którego nie warto wspominać.
na deser… tu oddam głos żonie…
…krem kawowo-bezowy z pokruszonych bezów, masła i esspresso plus fusy kawowe – dobrze schłodzone to jest pyszne ale trzeba lubić kawę.
Dla dzieci moja koleżanka robi krem czekoladowo-bezowy, masło plus kakao, pokruszone bezy i starta drobno ciemna czekolada.
ja lubię kawę, a ten deser wręcz uwielbiam. jest strasznie słodki i tak ma być. pewnie nie jest dietetyczny, ale chyba nie po to są desery?
i tyle. nie jemy kolacji po takim obiedzie, to chyba zrozumiałe.
japońska zupa “niewia do-moco”
listopad 10, 2008
w japońsko-koreańskim sklepie, w którym kupowaliśmy mrożone krewetki do sushi, kupiliśmy też torebkę z daniem gotowym o enigmatycznej nazwie “jap. soba udon noodle with soup”. mniej więcej tyle było napisane w naszym alfabecie o zawartości.
po otwarciu wyglądało to tak jak na obrazku. półsurowy makaron soba oraz 3 tajemnicze torebki (opakowanie zawierało dwa takie kompleciki). w jednej torebce była suszona ryba, w drugiej sos sojowy z przyprawami, w trzeciej zaś suszone warzywa (cebula, chilli – nie wszystko udało się zidentyfikować).
japońszczyzna to oczywiście dla mnie kompletna greka (nie wiem zresztą, czy przypadkiem tekst nie był po koreańsku). na szczęście uratowały nas obrazki. udało się odczytać 400ccl, które chyba niesłusznie zinterpretowaliśmy jako ilość wody na jedną porcję. no więc zagotowaliśmy wodę, wrzuciliśmy makaron, chwilę poczekaliśmy, przełożyliśmy do miseczek, wsypaliśmy tam zawartość tajemniczych torebek, dolaliśmy trochę wody z gotowania i proszę bardzo:
10 minut i już jesteśmy w japonii, zajadając tamtejsze winiary. powiem szczerze, że nie było to złe. lekki rybny rosołek, dość miejscami pikantny… nie ma to wiele wspólnego z zupkami chińskimi. następnym razem wybierzemy coś innego, co zresztą może okazać się tym samym: smacznym nie wiadomo czym.
rendang
listopad 9, 2008

rendang część pierwsza. nie będę tu popadał w wikipedyzm i przytaczał definicji ale dwa słowa opowiem, bo nie wszyscy wiedzą co to je i jak się to je. rendang to rodzaj curry, pochodzący z indonezji, który charakteryzuje się tym, że gotuje się go bardzo długo, aż cały sos odparuje. a z czego składa się sos? ze wszystkiego aromatycznego. podstawą jest mleko kokosowe, do tego dochodzą różne przyprawy, w naszej wersji była kolendra, kumin, goździki, cynamon, trochę kurkumy… pewnie o czymś jeszcze zapomniałem (tak, o trawie cytrynowej, ale tym razem nie mieliśmy świeżej, daliśmy sproszkowaną). to nie wszystko, jeszcze papryka chilli, której tym razem daliśmy znacznie mniej, bo rodzice zaproszeni na moje urodziny nie do końca przepadają za prawdziwie pikantnymi potrawami. jest też cebula, cytryna, czosnek, palmowy cukier… no i wołowina. niekoniecznie ta najdroższa, może być zwykła “gulaszowa”, my używamy głównie łopatki, której zawsze kupujemy za mało, bo odchodzą żyłki i błony.
to co widać na zdjęciu to potrawa po ponad godzinie gotowania. i potem zaczyna się dziać. mleczko kokosowe wygotowuje się całkiem, zostaje tylko olej kokosowy. i mięso, po dwóch godzinach duszenia zaczyna się… smażyć. smaży się je chwilę, a potem najlepiej nie podawać go, tylko schłodzić. rendang jak bigos, odgrzewany smakuje lepiej. stoi teraz na moim balkonie, nie powiem dokładnie gdzie, bo jeszcze ktoś się wespnie i mi go zwinie.
ciąg dalszy nastąpi.
ps. wyobraźcie sobie, jak teraz u nas pachnie. 2,5 godziny duszenia tego wszystkiego. imbir. zapomniałem o imbirze. dodajemy też imbir. pachnie.
krabnapki shreka
listopad 9, 2008

w trakcie, gdy dusił się rendang (o rendangu więcej wkrótce), szybka kolacja w postaci kanapek z ciemnego pieczywa posmarowanych smarkami shreka + paluszków krabowych. pasta nieco pociemniała, ale smaku nie straciła. można gosciom, naprawdę!
być może sekretem jest awokado, kupione za cenę dwóch hipermarketowych. chyba było warto, bo wyszło pysznie. no i dość kolorowo.
lasagne al ragu
listopad 9, 2008

dzisiaj lasagne na wyraźne życzenie i przy wydatnej pomocy córki. nie robiłem, nie wiem, co dokładnie trafiło do środka, na pewno mięso było wołowe i wieprzowe, siekane nie mielone. wyszło to lasagne nadspodziewanie dobrze, głównie dzięki doskonałemu, lekko razowemu makaronowi, przywiezionemu przez kogoś z francji. do tego zimne piwo (wino się skończyło) i jeszcze espresso albo drzemka, nie wiem sam, co wybrać.
ebi nigiri
listopad 8, 2008

tu jeszcze ebi nigiri czyli ryż z krewetką. z bliska. krewetka nie smakowała jak z mrożonki. wydawałoby się, że mrożone krewetki nie mogą być świeższe od innych mrożonych krewetek, a jednak chyba mogą.













